08.2008 – „Aptekarstwo to piękny zawód.”
08.2008, nr 24/2 online
Każdy z nas ma w życiu swoje ośmiotysięczniki.
I każdy musi je zdobywać. Samodzielnie.
APTEKARSTWO TO PIĘKNY ZAWÓD
Rozmowa z mgr Anną Pustelnik,
współwłaścicielem apteki „Pod Słońcem” w Łodzi.
REDAKCJA: Jeśli się mylę, to proszę mnie wyprowadzić z błędu, ale wydaje mi się, że prowadzenie apteki przychodzi Pani magister łatwiej niż innym. Pani tata, dr farmacji Franciszek Kaczmarczyk jest cenionym aptekarzem, a mąż – dr inż. Piotr Pustelnik – pogromcą ośmiotysięczników. Jest więc Pani skazana na zdobywanie szczytów i osiąganie sukcesów. Pani po prostu nie może się nie udać.
ANNA PUSTELNIK: To bardzo atrakcyjna wizja, ale niestety nie jest aż tak pięknie. Trzeba wiedzieć, czego się chce i dążyć wytrwale do tego. Każdy z nas ma w życiu swoje ośmiotysięczniki. I każdy musi je zdobywać. Samodzielnie.
Na zdjęciu: mgr farm. Anna Pustelnik i jej tata – dr n. farm. Franciszek Kaczmarczyk. Zdjęcie pochodzi z archiwum p. Anny Pustelnik.
Dla Pani takim ośmiotysięcznikiem była chyba droga do apteki. Zanim została Pani magistrem farmacji była Pani magistrem inżynierem i przez kilkanaście lat pracowała na Politechnice Łódzkiej.
– To rzeczywiście była kręta droga. I nie tylko dlatego, że studiowanie farmacji jest trudne. Najpierw ukończyłam Wydział Chemiczny Politechniki Łódzkiej, ze specjalizacją inżynieria chemiczna. Mój rok liczył 180 osób, z tego na inżynierii było 40, a z nich 10 pozostało na uczelni. Wśród nich ja i Piotr. Pamiętam satysfakcję, jaką mieliśmy wtedy, kiedy udało nam się przygotować rozwiązanie problemu, które potem znalazło zastosowanie praktyczne. Moi koledzy przygotowali instalację wykorzystaną potem do produkcji plastrów i zasłużenie byli z tego dumni. Piotr zrobił doktorat i otrzymał stypendium Fundacji Fullbrighta. Razem z synami wyjechaliśmy do Stanów. Piotr pracował, dzieci chodziły do szkoły, zwiedziliśmy Stany, ale kiedy wróciliśmy do Polski okazało się, że trochę wypadliśmy z uczelnianego obiegu. To naturalne – koledzy na Politechnice realizowali kolejne projekty. Mąż pozostał na uczelni, ale cały czas na pierwszym planie były góry. I to też było naturalne, bo przecież odnosił we wspinaczce sukcesy. Trzeba było jednak żyć. Pomyślałam wtedy, że apteka której mój tata razem z mgr Zofią Petri był współwłaścicielem jest „miejscem ekonomicznie uzasadnionym”. Wtedy Pan prof. Stanisław Petri, mąż mgr Petri, zapytał mnie tak: „Proszę Pani, ale jak Pani sobie to wyobraża? Pani nie może wejść do tej apteki inaczej, jak tylko jako magister farmacji.” W pierwszym odruchu pomyślałam, że to chyba dla mnie zbyt wiele. Przekroczyłam czterdziestkę, pracowałam na uczelni i miałabym studiować z rówieśnikami swoich dzieci? Potem postanowiłam jednak spróbować. Nie było innej możliwości dostania się na farmację jak tylko zdanie egzaminu wstępnego. Żadnej taryfy ulgowej. A przecież od czasu mojej matury biologia zrobiła ogromny postęp. Moja chemia też była bardziej inżynierią niż chemią w klasycznym wydaniu. Przeczytałam podręczniki i zaryzykowałam. Pani, która mnie egzaminowała była zadowolona, powiedziała nawet, że myślę. Zdałam i zaczęłam studiować farmację.
Jak się Pani czuła w roli odpytywanej studentki? Jeszcze niedawno sama Pani pracowała na uczelni.
– Nie miałam z tym problemu. Zdecydowałam się studiować, więc musiałam przejść to, co przechodzili moi koledzy. Wprawdzie studiowałam trzy lata, bo zaliczono mi część zajęć, ale pozostałe przedmioty zdawałam tak, jak wszyscy. Pamiętam trudny egzamin z fizjologii i syntezy chemicznej. Ciekawostką był fakt, że zaliczono mi matematykę, ale nie zaliczono „wojska”. W czasie studiów na Politechnice odbyłam szkolenie wojskowe, ale w Akademii Medycznej wprowadzono medycynę katastrof. Musiałam się jej uczyć. Na moim roku była dziewczyna po chemii spożywczej, rok niżej pani doktor, która po skończeniu farmacji do dzisiaj prowadzi aptekę. Na kolejnym roku jeszcze jeden magister inżynier chemik. Nasze notatki, różniły się od notatek „nie-inżynierów”. My stosowaliśmy tabele, wykresy, wyróżnialiśmy punkty, podpunkty itd. W notatkach „klasycznych” studentów farmacji panowała nieco większa swoboda, były one bardziej biologiczne. W efekcie ja pożyczałam notatki do zaliczenia np. botaniki, a ode mnie pożyczano zapiski przed zdawaniem chemii leków. Świetnie się uzupełnialiśmy.
Czy to oznacza, że magister farmacji Anna Pustelnik, bardziej myśli jak inżynier, a nie aptekarz?
– Nie. W czasie studiowania farmacji niezwykłe jest to, że bez względu na to, skąd przychodzą studenci, z jakich środowisk się wywodzą i jakie wcześniej ewentualnie wykonywali zawody, po otrzymaniu dyplomu myślą jak farmaceuci. Mają pewność, że farmacja to piękna nauka, aptekarz to piękny zawód i chociaż czasami bywa „mniej lekko” to warto taki zawód wykonywać. Zrobiłam staż, specjalizację drugiego stopnia. Pracuję w aptece i cały czas się uczę, bo tego wymaga nasz zawód.
Pięknie Pani to ujęła, ale mnie ostatnio kolega powiedział, że tak naprawdę to jestem kasą fiskalną w białym fartuchu.
– I czuje się Pan tak? Na pewno nie (potwierdzam, że się tak nie czuję), no właśnie! Wiem, że wielu absolwentów farmacji w pierwszych dniach pracy w aptece przeżywa rozczarowanie. I wiem, że dzieje się tak dlatego, że zapomnieli o najważniejszym przesłaniu pracy farmaceuty: pomaganiu. Apteka nie służy do zarabiania szybkich pieniędzy, to nie jest sklep z lekami, ale miejsce, w których chorzy oczekują pomocy. Od tego przecież zaczęła się cała farmacja. Najpierw były zioła, wywary, napary, dopiero potem doszły umiejętności „naprawiania” ciała przez zabiegi i zaczęła się medycyna. Jeśli ktoś nie rozumie, że do apteki przychodzą pacjenci, a nie klienci, to zamiast apteki niech lepiej założy drogerię. Jeżeli jako priorytet ustawimy pomoc, to ten zawód jest naprawdę piękny. Można oczywiście powiedzieć, że wszystko sprowadza się do wydawania leków. Jednak codziennie w aptece zdarzają się sytuacje, w których pacjent prosi nas o pomoc. Oczywiście moglibyśmy od razu odesłać go do lekarza, powiedzieć, że czegoś nie ma, czegoś nie można zrobić, ale jaki wtedy sens miałaby nasza praca? Każdy z farmaceutów najlepiej wie, ile razy zdarzało mu się dzwonić do lekarza konsultując z nim dawkę, czy zmianę preparatu. To jest poważne i odpowiedzialne zadanie. Przecież w aptece mamy do czynienia z chorym człowiekiem, nie możemy go tak po prostu pozostawić bez pomocy.
Tak, ale ta pomoc ma swoje granice.
– Dlatego trzeba się uczyć właściwiej opieki farmaceutycznej. Upaństwowienie aptek trochę zabiło wcześniejszą tradycję opieki. Teraz utrudnia to silna konkurencja, bo wolny rynek wymusza duże oszczędności. Nie każdą aptekę stać na zatrudnienie magistra, który zajmowałby się tylko opieką nad pacjentem. To wszystko jednak nie zwalnia nas z obowiązku bycia doradca chorego, jego wsparciem i przewodnikiem po świecie leków. Trzeba się tylko odważyć. Musimy się dokształcać, brać na siebie odpowiedzialność, sprawdzać wszystko nawet po pięć razy. Nie możemy bać się podejmowania decyzji. Wtedy to co robimy, zrobimy dobrze. Chociaż nigdy nie ma 100 procentowej gwarancji, bo każdy człowiek popełnia błędy. Nie wolno narzekać. Od narzekania w aptece jest pacjent proszący nas o pomoc.
W Pani aptece odbywają się także szkolenia studentów. Jaka jest dzisiejsza farmaceutyczna młodzież? Czy oni „czują” aptekę, czy dla nich to po prostu biznes?
– Najczęściej jest tak, że studenci są zainteresowani, zadają pytania. A ja im zawsze powtarzam, że to farmaceuta jest ostatnią instancją, która decyduje, co dostanie pacjent. Nie chodzi oczywiście o zmienianie decyzji lekarza, ale właśnie o dokładne wydanie leku, sprawdzenie czy wszystko jest lege artis. I nie powinno być to czysto mechaniczne. Do każdej apteki przychodzą przecież stali pacjenci, którzy leczą się od lat na przewlekłe schorzenia. Z reguły otrzymują takie same dawki, tych samych preparatów, ale bywa, że na recepcie pojawi się inna dawka, a czasami zupełnie inny lek. Naszym naturalnym odruchem jest życzliwe zapytanie pacjenta, czy coś się zmieniło? I bardzo często okazuje się, że np. w okresie wakacji, kiedy lekarz prowadzący udał się na urlop, ten, który go czasowo zastępuje przeoczył jakiś preparat. To są sytuacje z życia, których każdy farmaceuta mógłby wymienić dziesiątki. Podobnie dzieje się w szpitalu, gdzie lekarz ordynuje leki, ale w ostatecznym rozrachunku to pielęgniarka aplikuje leki w „kieliszku” choremu. To jest ostatnia „instancja kontrolna”. Powiem coś jako inżynier w stanie spoczynku. W przedmiotach ścisłych wszystko jest proste: 2 + 2 zawsze równa się cztery. W farmacji niekoniecznie, bo na metabolizm leku wpływ ma stan receptorów, pH, temperatura otoczenia i pacjenta, przyjmowane leki i wiele innych czynników, o których nie muszę przecież aptekarzom mówić.
Czy w domu panowała farmaceutyczna atmosfera?
– Nie, ale miałam wrażenie, że apteka to miejsce trochę magiczne. Moja siostra jest chirurgiem, mama Krystyna – stomatologiem. A ja początkowo nie miałam z leczeniem i lekami nic wspólnego. Co wcale nie przeszkadzało mi prosić tatę o pomoc w czasie pierwszych studiów. Tata, patrzył w zadanie, wzdychał i pytał: „Czy ty wiesz, jak dawno ja to rozwiązywałem?”. Na szczęście zaraz po chwili dodawał: „Tak na logikę takie zadanie powinno być rozwiązane tak i tak.” To dodawało mi pewności i nauczyło jednego: jeśli człowiek ma podstawy wiedzy, a do tego chce i potrafi myśleć – poradzi sobie. Nie będę jednak upiększała rzeczywistości: nie ciągnęło mnie do farmacji, uciekałam nawet od chemii, w matematykę, inżynierię. Podobnie było z tatą: najpierw studiował na politechnice, jednocześnie chodził na Akademię Medyczną i dopiero potem zdecydował się na farmację. Zrobił doktorat, pracował na uczelni, kierował Ośrodkiem Informacji Naukowej Polfa. Relacje pomiędzy mną a tatą w aptece są takie, jak między mistrzem a uczniem, chociaż ojciec szanuje moją samodzielność. Zawsze powtarza, że najgorsza choroba na świecie, to własna choroba. Dlatego każdy pacjent wymaga szczególnej uwagi i troski. Tata nie ingerował w nasze wybory życiowe. Ja podobnie nie narzucałam niczego dzieciom. Kiedy ja studiowała farmację, mój starszy syn Paweł studiował finanse i bankowość. I kiedyś powiedział: „mamo, jak ja bym miał tyle zajęć, to bym zwariował”. Potem skończył jeszcze socjologię, a dzisiaj pomaga w prowadzeniu apteki. Adam, drugi syn, też skończył socjologię. I często do nas zagląda. I wcale się nie dziwię, bo „Pod Słońcem” to piękna, zabytkowa apteka. Założył ją w 1895 roku mgr Bronisław Głuchowski, który był wtedy asesorem farmacji, co odpowiada dzisiaj stanowisku inspektora. Nazywała się „Apteka i Laboratorium Farmaceutyczne. Wytwórnia Wód Mineralnych”. Mój tata pomagał panu Głuchowskiemu porządkować dokumenty w latach pięćdziesiątych, potem pracował w Warszawie, ale historia zatoczyła koło i tata powrócił tutaj w 1990 roku.
Farmacja w trzech słowach?
– Rzetelność, wiedza i życzliwość. To jest bardzo ładny zawód.
Gdzie będzie Pani obchodzić 25 września, Dzień Aptekarza?
– W najlepszym do tego miejscu: w aptece.
rozmawiał mgr farm. Tomasz Wypych
*ilustracja – dreamstime.com
