wrzesień 2013, nr 85/63 online

Pewnego dnia wszedł do mej apteki od lat nie widziany pacjent. Pomyślałem, że przyniósł recepty na swe leki. Tymczasem rozpoczął on opowieść o pewnym problemie zdrowotnym. Cóż, praca jak co dzień, a więc zacząłem zadawać standardowe pytania chcąc zaproponować skuteczne lekarstwo. Okazało się, że nie sposób uzyskać odpowiedzi, bo on pyta w imieniu jakiegoś młodego człowieka.
– To niech ten młodzieniec przyjdzie do apteki.
– Nie przyjdzie, bo mieszka kilkadziesiąt kilometrów stąd.
– W takim razie co ja niby miałbym zrobić?
– NIECH pan napisze na kartce nazwę dobrego leku, a on sobie TAM kupi.
– W takim razie NIECH on TAM idzie do apteki i TAM się porozumie z farmaceutką w sprawie dobrego leku.
– TAM się tak nie znają na lekach jak pan, więc NIECH pan napisze nazwę tego preparatu.
– O, nie, nic nie napiszę! TAM mu doradzą i sprzedadzą, a więc TAM wezmą odpowiedzialność za swą wiedzę i pracę.
– Ale on [znajomy] CHCE, żeby mu napisać nazwę leku.
– Nic nie napiszę.
– A dlaczego???
– A dlatego, że ja swą wiedzę przez lata ciężko zdobywałem i nie mam najmniejszego zamiaru rozdawać jej za darmo.
Poszedł i nie wrócił. A ja nie pierwszy już raz zacząłem się zastanawiać nad swoim życiem zawodowym. Jakiż to złośliwy chochlik podkusił mnie do studiowania farmacji i bycia traktowanym przez wszystkich wkoło, rząd i pacjentów, jak niewolnik do gratisowych usług, czy to na przymusowym dyżurze, czy do rozdawania swej wiedzy. Łapię się na myślach, które przed laty nie przyszłyby mi do głowy. Zawsze chętnie pomagałem i pomagam chorym ludziom wykorzystując swą wiedzę i wykształcenie. Jednakże obecnie zdecydowanie unikam wymieniania nazw leków, gdy w podobnych do powyższej sytuacjach pacjenci/klienci usiłują ZA DARMO skorzystać z mej wiedzy. NIE, nie zgadzam się na to!
Ktoś pewnie może się na mnie oburzać. Trudno. Jestem przekonany, że jasno opisałem problem i trzeba bardzo się starać, żeby nie chcieć go zrozumieć. Jednakże w powszechnej opinii w aptekach profesjonalna pomoc to jedno, a zapłata to drugie. Poprzez duże kwoty do zapłaty, czyli małe zniżki na leki zaszczepiono wszystkim błędne przekonanie, że nasze zyski/marże są tak ogromne, iż nie trzeba nam, farmaceutom, płacić za wiedzę. Ale przecież my w cenie leku nie mamy za nią zapłaty, a marże detaliczne na leki refundowane są kpiną z zasad ekonomii! Skoro tak jest, to dlaczego miałbym rozdawać swą wiedzę za darmo? Ktoś powie: „żeby przyciągnąć pacjenta do swej apteki”. Ależ nikt nie oczekuje porady od kasjerki z marketu, która sprzedaje te same leki, co apteka! Czyli ludzie kupują leki w markecie nie kierując się wiedzą o nich lub naszą „opieką farmaceutyczną” (o powikłaniach polekowych farmaceutom nie muszę pisać). Jacyż to ignoranci doprowadzili do tego, że z państwowych funduszy kształci się magistrów farmacji, a nie korzysta się z ich wiedzy i faktycznie zrównuje ich pracę z kasjerkami z marketów? Przecież to wysoce absurdalne!
Patrzę szerzej na swą dość emocjonalną reakcję. Szerzej, gdyż wiem, że nie jestem w swych odczuciach osamotniony. Jeśli nie nastąpią zmiany w zasadach funkcjonowania i finansowania aptek, to zgodnie z prawem Kopernika, apteki i magistrowie farmacji zostaną wyparci przez paraleki w sklepach wydawane przez przypadkowy personel lub w ramach samoobsługi, a „wiedzę” o tych lekach nabywcy będą czerpać z reklam. Wtedy dla nas wszystkich będzie już za późno.
mgr farm. Mariusz Politowicz