|

08.2013 – „List lekarza do aptekarza.”

sierpień 2013, nr 84/62 online
   Parę dni temu przyszła do mojej apteki pacjentka z dwiema receptami. Przygotowałem leki wypisane na jednej z nich, a w związku z drugą poinformowałem, że to lek „robiony”, więc zapraszam nieco później po odbiór, gdy będzie wykonany. Pani zgodziła się i w zasadzie byłby to już koniec mojej opowieści gdyby nie fakt, że okazało się, iż według pacjentki wydałem jej wszystkiego za mało, bo „Pani doktor przepisała mi więcej tabletek!”.
   Hołduję pełnej transparentności swojej pracy, więc zabrałem się do wspólnego z pacjentką „czytania” recepty, wyjaśniając krok po kroku, co Pani doktor na recepcie napisała. Pokazałem jej w ten sposób, jak mi na co dzień przychodzi czytać takie „listy lekarza do aptekarza”. Ponieważ recepta była napisana ręcznie, jej tajemniczość, jako typowego XXI wiecznego manuskryptu, została wspólnie rozszyfrowana… Jakież było zdziwienie i zaskoczenie, że na recepcie faktycznie nie było tyle, ile deklarowała Pani doktor. Ale najciekawsze dla mnie było stwierdzenie, że „Państwo umieją to przeczytać a my nie.”
   Czasopismo, do którego co jakiś czas piszę te króciutkie felietony, jest czytane nie tylko przez profesjonalistów, jakimi są farmaceuci, więc przypomnę i zwrócę jednocześnie uwagę, iż w czasie studiów akademickich na kierunku farmacja nie uczymy przyszłych farmaceutów czytania „bazgrołów”. Tę „umiejętność” nabywamy z czasem. Jest to doświadczenie, które bywa okupione poważnym stresem…
   Może też zdarzyć się tak, że ktoś, kto teraz czyta tę skróconą historyjkę pomyśli sobie: „No tak, wykorzystał swój „autorytet i umiejętność przekonywania”, bo dokonał sprytnej manipulacji i sugestywnie „wmówił” biednej kobiecie, że jest dokładnie tak, jak on to „widzi””. Tym, którym przyszło coś takiego do głowy pragnę zwrócić uwagę na ważną kwestię związaną z pracą z receptami, ze szczególnym naciskiem na te, które pisane są odręcznie przez lekarzy. Przede wszystkim recepta, niezależnie od jej procesu „odformalizowywania”, zawsze była i będzie ważnym dokumentem, który może być „użyty przeciwko nam”. Nie ważne przez kogo. Istotą naszej pracy jest rzetelność i uczciwość. Nie ma i nigdy nie będzie mowy o tym, że możemy sobie interpretować dowolnie zapis na recepcie. Jeśli pośród nas są osoby, które to robią, niech wiedzą, że w imię choćby chwilowego sukcesu finansowego [poprzez sprzedaż opakowania najkorzystniejszego z punktu widzenia apteki a nie chorego], mogą narazić się na nieprzyjemności ze strony pacjenta albo wręcz zaszkodzić pacjentowi wydając nie tylko inną ilość leku, jaką przepisał lekarz, ale coś zupełnie innego, co zostało przez niego zaordynowane. Nie zapominajmy też o konsekwencjach ze strony płatnika, czyli NFZ. Aby ułatwić sobie pracę najczęściej podpytujemy pacjenta sakramentalnym – „A na co to miało być?” Jeśli pacjenta znamy – to „dobrze”. Jeśli nie i mamy duże wątpliwości, lepiej nie realizujmy takiej recepty. Narażamy się na gniew i czasami inwektywy ze strony pacjenta czy też lekarza, ale „Salus aegroti suprema lex esto”. Przypominam jeszcze raz – tekst widziany oczyma urzędnika NFZ, sędziego czy prokuratora nie musi być tożsamy z naszą interpretacją. Wszystkie dane, które muszą się znaleźć na recepcie muszą być czytelne dla wszystkich. Nie ma uznaniowości!
   Należę do tych, którzy upatrują nadzieję w e-receptach. Nie sądzę, żeby do końca wyparły one recepty pisane ręcznie, gdyż czasy wysyłania e-recept przez lekarza poprzez choćby jego smartfon nieprędko nadejdą. Pamiętajmy więc o tym, że stare porzekadło mówiące o tym, iż „lepiej dmuchać na zimne”, w naszej pracy zawsze będzie miało zastosowanie.

dr n. farm. Grzegorz Pakulski
 

Podobne wpisy