lipiec 2013, nr 83/61 online

Jest rok 1968. Do małej miejscowości przeprowadza się dwoje farmaceutów. Los sprawił, że była do objęcia apteka. Dla istniejącego podówczas przedsiębiorstwa, jakim był CEFARM, było to rozwiązanie idealne – trafiła się para fachowców, z wieloletnim stażem. Ponieważ byli małżeństwem, nie mogło być kłopotu z organizacją pracy i „relacjami w firmie”. Apteka pod ich zarządem ruszyła w październiku 1968 roku. Przeprowadzili się z dużego miasta i potrzeba było wielu lat na zasymilowanie się, choćby tylko w części, z lokalną ludnością. Hermetyczność małych społeczności sprawia, że mimo wysiłków nie jest łatwo zaskarbić sobie sympatię współmieszkańców. Pomimo kłopotów, niczego nie zmieniają w swoim postępowaniu. Pracują przez całe lata nie zaniedbując obowiązków zarówno rodzinnych jak i służbowych. Praca w aptekach w latach 70-80 była zupełnie inna niż obecnie. Sama organizacja zamówień diametralnie odmienna. Ogrom pracy, bez użycia komputerów, dziś nawet niewyobrażalny…
Mijają lata. Dzieci dorastają i po zakończeniu liceum ruszają w świat. Na studia. Przez zupełny przypadek syn, najstarsze z dzieci, staje się studentem farmacji. Nie był tam wysyłany przez rodziców z ich woli i ku ich uciesze. Chciał zostać lekarzem chirurgiem, lecz zwyczajnie nie został przyjęty na medycynę. Zdał egzamin, ale zabrakło miejsc. Skończył farmację.
Czas, w którym dzieci osiągały swoją pełnoletniość i zakładały rodziny, przypadał na okres przemian ustrojowych. Za namową syna, ojciec postanawia wykupić od CEFARMu aptekę i już w 1990 roku zaczyna pracować na swoim. Samotni małżonkowie, gdyż dzieci nie wróciły do nich po studiach, prowadzą aptekę samodzielnie. Faktycznie „podmiotem prowadzącym aptekę” jest spółka cywilna ojca z synem. Syn tylko okazjonalnie pomaga swoim rodzicom w prowadzeniu apteki, a szczególnie w chwili, gdy pojawia się komputer…
Pierwsza połowa lat 90-tych to okres „prosperity”. Co prawda dobrobyt nie wzrasta w postępie logarytmicznym lecz, jak pokazał upływający czas, nigdy później nie będzie już lepiej. Ta uwaga jest ważna i należy ją zapamiętać, gdyż to właśnie ten okres wywarł piętno na społeczeństwie polskim do tego stopnia, że po dziś dzień panuje powszechne przekonanie, że jeśli się ma aptekę, to musi się być bogatym. Obecnie mamy rok 2013…
Lata mijają. Zmieniają się przepisy i uwarunkowania. Zachłanność i chciwość zmienia oblicze farmacji. Nie widać tego po spokojnie pracujących, już niemłodych ludziach. Żadnemu z nich nie przychodzi do głowy warunek konieczny dla pomnażania dóbr osobistych, jakim jest sugerowany nawet przez profesorów ekonomii „rozrost firmy poprzez zwielokrotnianie miejsc prowadzenia działalności”. W skrócie oznacza to ni mniej, ni więcej jak otwieranie nowych aptek. Ekspansja. Sieć. Miejscowość jest mała, więc nie potrzeba się rozrastać. Zdrowy rozsądek bierze górę. Trzeba mieć umiar. Ale przepisy się zmieniają. Apteka funkcjonująca od lat staje się „za stara” wobec zmieniających się wymogów stawianych w nowych ustawach i rozporządzeniach. Należy więc zacząć budować nową aptekę, gdyż remont starej jest niemożliwy. Czas pokazał, że w wielu takich przypadkach, gdyby się uprzeć, można byłoby doczekać się „praw nabytych” bez koniecznego niszczenia osiągnięć przeszłości i inwestowania tylko dlatego, że inspektor „wymagał bezwzględnie” dokonania zmian. Oszczędności byłyby uratowane, a rzeczywistość wyglądałby inaczej.
Postanowienie o budowie nowej siedziby było wynikiem zagrożenia wynikającego z groźby zamknięcia apteki. Miejsce lokalizacji nowego budynku nie było łatwe. Radni miejscy, którzy jak większość, będąc przekonanymi o niezmierzonej ilości dochodów (wprost nawet twierdząc, że mają do czynienia z najbogatszymi mieszkańcami owej miejscowości), nie byli skłonni ani do sprzedaży mieszkania komunalnego (wyprzedano wszystkie poza służbowym-aptecznym), ani nie widzieli możliwości udzielenia zgody na wybudowanie apteki w obrębie tzw. „zwartej zabudowy miejskiej”.
Przyszło zatem budować się nieco na uboczu. Wszystkie wysiłki ludzi już po 60-tce, były skierowane na inwestycję ich życia. Specjalny projekt, samodzielna apteka, w budynku wolnostojącym, z mieszkaniem. Budowa została zakończona w czasie, gdy wyraźnie zauważa się spadek dochodowości. Jest rok 2003. Starsi państwo osiągają wiek 70 lat…
W tym samym roku syn postanawia zmienić życie i wraz z rodziną przeprowadza się do swoich rodziców by im pomóc i w końcu zastąpić. Ma żonę farmaceutkę, co daje możliwość kontynuacji pracy w zawodzie wszystkim. Jego mama, odczuwając zmęczenie, postanawia zakończyć swoją pracę. Ojciec pomaga… do końca swych dni.
Nowa apteka to nowa organizacja pracy. Zmienia się wszystko. Życiowych przygód nie brakuje. Ale apteka, pomimo stałego spadku obrotów, jakoś funkcjonuje. Zmienione przepisy sprawiają, że w sąsiednich miejscowościach otwierają się nowe apteki. Rozwijają się sieci. Walka poprzez rywalizację cenową, usankcjonowaną prawem, nie daje szans na normalne życie. Zmienia się nastawienie ludności – potencjalnych pacjentów. Bowiem apteka, prowadzona według zasad uczciwości i przestrzegania przepisów etyki, nie prowadzi programów lojalnościowych, nie wypuszcza kart, nie wydaje gazetek, ani nie stosuje dumpingu – nie można w niej dostać nic za grosz, czy złotówkę. Nie dokonuje się wymuszonej zamiany na tzw. tańsze odpowiedniki.
Sytuacja pogarsza się z dnia na dzień. Pracy jest coraz mniej dla dwójki farmaceutów. Po sześciu wspólnych latach rodzina się rozdziela. Syn zostaje, jego żona wraz z dziećmi wyjeżdża. Za zgodą ojca, postanawia sam prowadzić aptekę. Wkrótce spółka zostaje rozwiązana. Dwa lata po tej zmianie ojciec umiera. Syn pozostaje z matką. W aptece pomaga mu jedynie technik farmaceutyczny.
Od stycznia 2012 roku wchodzi w życie długo oczekiwana ustawa, ustawa refundacyjna. Miała dać normalność w pracy aptek – poczucie stabilności. Ale dzieje się zupełnie inaczej. W małej, liczącej niecałe 2 tysiące mieszkańców miejscowości, WIF daje zgodę na otwarcie drugiej apteki. Staje się to przysłowiowym „gwoździem do trumny” dla dobrze zorganizowanej i od lat zaspokajającej potrzeby lokalnej społeczności placówki. Efekty tej decyzji widać błyskawicznie. Ulokowana nie z własnej woli w niekorzystnej lokalizacji apteka, nie ma szans na odwiedziny pacjentów w ilości wymaganej do utrzymania firmy na minimalnym, ale należytym poziomie. Wszystko, co do tej pory miało znaczenie: praktyka, wiedza, poświęcenie, wzajemna znajomość straciły na wartości. Również fakt, że to dla lokalnej społeczności wybudowano od podstaw coś kosztem zdrowia, wielu lat oszczędności i wyrzeczeń, a czego nikt nigdzie ze sobą nie zabierze… pomimo to apteka istnieje. Jeszcze. Syn stara się jak może by ją utrzymać, lecz oczy jego matki nie potrafią ukryć żalu i rozgoryczenia. Jej serce kraje się, gdy na to patrzy… Kiedy widzi, że wszystko to, na co tyle lat razem z mężem pracowali obraca się w pył, w majestacie prawa.
Historia przeze mnie opisana jest prawdziwa i nie jest czymś wyjątkowym. W skali kraju takich historii wydarzyło się już sporo. Zapewne wiele o bardziej dramatycznym przebiegu i finale. Warto się jednak zastanowić, czy tak musiało się stać i (jeśli tak) kto jest temu winien. Czy stać nasz kraj na taką rozrzutność?
Wszystko, co się wydarzyło w tej historii musiało się wydarzyć. Mało tego – to, co się stało, stało się zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa, z którego skorzystali wszyscy. Prawo do podejmowania życiowych decyzji takich jak np. „przebywania tu, a nie gdzie indziej”, uczenia się, pracy, odmowy sprzedaży lokalu, wydawania zgody i inwestowania w budowę czy wydawania pozwolenia na prowadzenie apteki. Z pozoru wszystko jest w jak najlepszym porządku. A mimo to są poszkodowani, którzy otrzymali to, na co nie zasłużyli.
Gdyby spojrzeć na całość obiektywnie, wina leży w czasach, w których podejmowano decyzje zmieniające rzeczywistość – na samym początku owych przemian ustrojowych końcówki lat 80-tych. To właśnie wtedy nie została odpowiednio zmieniona ustawa Prawo farmaceutyczne. Podówczas nie można było przewidzieć tego, że „wolny rynek” dla obszaru farmacji, nigdy nie powinien zaistnieć. Powszechny zachwyt z tego, że można się cieszyć własnym majątkiem i pęd do jego powiększania, uśpiły czujność i analityczny chłód przewidywania przyszłości. Nie słuchano tych, którzy już wtedy przewidywali smutne konsekwencje kapitalistycznej rywalizacji w tym obszarze. A wzorce nie były gdzieś daleko – wystarczyło spojrzeć na zachodnioeuropejskich sąsiadów.
W przeciągu upływu lat okazało się, że kolejna zmiana prawa farmaceutycznego jawnie popierała chciwość i bałagan, a parlamentarzyści okazali się pozbawionymi umiejętności przewidywania skutków podejmowanych decyzji. Zysk dla państwa, skala płaconych podatków – to jedno. Rozkład struktur kontroli – to drugie. A gdzie jakość w sektorze aptecznym, którego obowiązkiem jest jej zapewnienie w zakresie bezpieczeństwa obywateli w ich kontakcie z lekiem i w trakcie jego stosowania? Wszystko, jak w złym śnie, poszło nie tam, gdzie miało. No i dotknęło również tę\, opisaną powyżej, aptekę. Brak zapisów o demografii i geografii, przypisania apteki farmaceucie, rozwój sieci nakierowanych na zysk, systematyczna i permanentna deetyzacja. A do tego „falandyzacja” prawa, która skutkuje i obecnie dziwnym zjawiskiem, jakim jest zatrudnianie kierowników aptek czy hurtowni na „część” etatu [1/2 czy nawet 1/8]. Z pozoru niepojęte zjawisko, ale w polskich realiach możliwe…
Jak widać, niezależnie od starań tę, czy inne apteki o charakterze „misyjnym”, musiał spotkać zły los. Wieloletnie starania, systematyczna praca czy inne atrybuty nie mogły i nie mogą, wobec istniejących realiów prawnych, zapobiec nieszczęściu. Taka apteka w obecnych warunkach nie ma racji bytu. Upadnie dlatego, że nie podoła tzw. „rywalizacji rynkowej” nawet wtedy, gdy stanie jej na drodze inna apteka, bez znaczenia czy indywidualna czy sieciowa. Nie ma szans na istnienie, gdyż obecne przepisy nie dadzą jej warunków ekonomicznych. To z kolei spowoduje niechybną demotywację personelu, który nie będzie miał ochoty na osobisty i zawodowy rozwój. Jedyne, co pozostaje to trwać. Ale po co i dla kogo? Dla satysfakcji właściciela, który ma dzięki temu co robić? Czy może dla reszty pacjentów, którzy jeszcze przychodzą z pobudek osobistych? Szkoda, że bezduszne przepisy prawa o charakterze liberalnym doprowadziły do takiego stanu rzeczy. Otwieranie i zamykanie aptek w takim kształcie, jak to ma miejsce obecnie, z całą pewnością nie będzie nigdy sprzyjało wiarygodności tej instytucji. Szkoda, że zanim zrozumie to ustawodawca, wielu wartościowych ludzi będzie już na tyle zniechęconych, że nie będzie szans na utrzymanie wysokiego poziomu, jaki w swej misji powinna mieć wpisana apteka – placówka ochrony zdrowia publicznego.
dr n. farm. Grzegorz Pakulski