czerwiec 2013, nr 82/60 online
Zwykły dzień. Dzień, jak co dzień. Nie ma zbyt wiele pracy… Nagle do mojej apteki wpada pacjent. Już od drzwi woła: „Proszę Pana, przyjechałem w odwiedziny do rodziny i zapomniałem leków, tych wie Pan, co zawsze biorę, a muszę wziąć tabletkę! RATUJ Pan!” „No dobra – odpowiadam – a co to takiego, czego Pan zapomniał?”„Panie, to jest taki lek na serce.” Wyjął z kieszeni opakowanie i pokazał fragment kartonika. Zamurowało mnie. Jak można, wybierając się w podróż zapominać takich leków! – pomyślałem sobie. Jednak chwilę potem do mnie dotarło, że przecież i mnie, niejednokrotnie, zdarza się czegoś zapomnieć. Wracać się już nie opłaca. Nie ma na to już czasu…
W moim przypadku, pacjent mówił prawdę. Faktycznie był chory, więc jak to najczęściej bywa, po prostu z roztargnienia owych leków zapomniał. Na szczęście nie musiałem uciekać się do pomocy w postaci wydania recepty farmaceutycznej. Pacjent miał sporo czasu i mógł zostać przyjęty przez lekarza w lokalnym ośrodku zdrowia. Gdy wrócił do mnie – leki już na niego czekały.
Dlaczego napisałem „na szczęście”? Bo takie zdarzenia rodzą dylematy. W naszej pracy gra idzie o ludzkie życie i zdrowie. Do takich sytuacji, jak opisana powyżej, jesteśmy przygotowywani przez lata szkoły wyższej i poprzez praktykę w zawodzie. Mało tego, mamy do tego owo narzędzie, jakim jest wcześniej wymieniona recepta farmaceutyczna. Wszystko wygląda idealnie, lecz życie takie nie jest…
Pewnie wiele autorytetów, również w sferze niezwiązanej z farmacją powie, że „naszym obowiązkiem jest pomagać chorym”. Mają rację. Lecz nie „wszystko złoto, co się świeci”. Bywają takie momenty, że pacjenci czy to z własnego lenistwa, czy też z przekory, najnormalniej w świecie kłamią lub wymuszają swoją wolę. Znajdzie się wielu pośród nas, którzy się o tym przekonali. Dochodzą do tego i inne nadużycia – sami farmaceuci, dobrowolnie lub pod przymusem na przykład ze strony „podmiotu prowadzącego aptekę” – wydają takie recepty „bo z czegoś trzeba żyć”. Robią to zgodnie z filozofią, że skoro mają do tego prawo, to należy z niego korzystać. Nie jest zatem zaskoczeniem fakt, że zasadność wydawania leków na receptę farmaceutyczną tak wnikliwie bada inspekcja farmaceutyczna…
Pamiętajmy jednak o tym, że choć „siedzimy na lekach”, to nie są to cukierki. Pacjenci nie będą ponosić odpowiedzialności za efekty naszej pracy. Za to skutki naszych działań możemy ponieść zarówno oni jak i my. Nie ubezpieczamy się na tę okoliczność. Nie znamy ludzi, którym wydajemy w ten sposób leki. Dlatego najlepiej wydawać je wtedy, gdy mamy 100 % pewność, że to o taki, a nie inny lek chodzi. To, że zgodnie z prawem „możemy”, wcale nie oznacza, że „musimy”. Dylematy „dać czy nie”, „pomogę pacjentowi czy też mogę mu zaszkodzić”, a w związku z tym „będę czy nie będę odpowiadać przed Rzecznikiem Odpowiedzialności Zawodowej”, będą pojawiać się zawsze. Decyzję musimy podjąć sami. W takich momentach przypomina mi się zasada asekuracji stosowana w służbach ratowniczych: jeśli się nie zabezpieczymy – nie będzie nikogo, kto nam pomoże. Nie znamy historii choroby pacjenta, nie mamy dokumentacji medycznej, nie diagnozujemy, nie wiemy jakie bierze inne leki. Samo zaufanie może nie wystarczyć. Widać tu wyraźnie, jak wielkie pole do popisu miałby nasz zawód, gdyby została w pełni wdrożona opieka farmaceutyczna.
dr n. farm. Grzegorz Pakulski