|

05.2013 – „Praca w aptece, a wizyty przedstawicieli.”

maj 2013, nr 81/59 online
   Praca „za pierwszym stołem” to nie tylko kontakt z pacjentem. Czasami wizyta pacjenta prowadzi do zupełnie innych wydarzeń, niż byśmy sobie tego życzyli. Ostatnio zdarzył mi się taki oto przypadek…
   Przyszedł do mnie pacjent z plikiem recept. Ponieważ wrócił dopiero co ze szpitala, można się było spodziewać, że leków na dokończenie kuracji będzie sporo. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa – zabrakło mi jednego z przepisanych preparatów. Pacjent był wyrozumiały i uznał, że nie ma problemu. Poczeka, aż mu ten lek sprowadzę. No i w zasadzie sytuacja byłaby idealna gdyby nie fakt, że ów lek należy do grupy bardzo drogich produktów. Jednocześnie okazuje się, że może być znacznie tańszy, jeśli zamawia się go „poprzez przedstawiciela”. Znając sytuację pacjenta oraz biorąc pod uwagę stan jego zdrowia, zadzwoniłem do kolegi z prośbą o pomoc w nawiązaniu kontaktu z właściwą osobą. Udało się i będąc przekonanym o tym, że wszystko zrobiłem prawidłowo (podałem przy składaniu zamówienia: swoje imię i nazwisko, adres apteki, hurtownię, przez którą należy zrealizować zlecenie z tzw. „półki przedstawicielskiej”), oczekiwałem na realizację tegoż zamówienia. Deklaracja przedstawiciela, że lek będzie już jutro rano w mojej aptece bardzo mnie ucieszyła.
   Minęły dwa dni. Cisza. Ponieważ lek jest dla pacjenta ważny, a jego brak może zaważyć na powodzeniu kuracji uznałem, że nie ma na co czekać. Czas zadzwonić do osoby, u której dokonałem zamówienia – przedstawiciela bądź co bądź szacownej firmy. To co wydarzyło się parę minut później można określić w jednym zdaniu – dawno nie miałem tak wysokiego ciśnienia. Ale do rzeczy. Jak się okazało nie dość, iż pani pomyliła nazwę apteki (zdziwiona zapytała: ”To tam są dwie?”) to dodatkowo (co okazało się 3 godziny później) zamówienie zostało skierowane do zupełnie innej hurtowni niż ta, w której miało być złożone. Nie przytaczam całości rozmowy, gdyż nie jestem w stanie odtworzyć „stanu mojego ducha”. W końcu Pani mnie przeprosiła. Nie wiem czy mój komentarz: „To nie mnie Pani powinna przeprosić, a pacjenta, któremu nie mogę zapewnić dostępu do ważnego leku, gdyż go nie otrzymałem na czas…” zrobił na niej jakiekolwiek wrażenie. Paradoks w tym, że ona nie może tego zrobić, gdyż ja nie mogę ujawnić danych osobowych pacjenta. On w tej sytuacji zawsze może uznać mnie za winnego całej sytuacji. Paranoja. Nic na to nie poradzimy.
 
   Refleksja. Pracujemy i jak mówi przysłowie „tylko ten, kto nie pracuje, ten się nie myli”. I choć w zasadzie to koniec rozważania to jest jednak jedno „ALE”… W przepisach polskiego prawa związanych z dystrybucją produktów leczniczych nie ma mowy o tym, że istnieje jakiekolwiek inne ogniwo w łańcuchu zaopatrzenia w leki niż tylko „producent – hurtownia – apteka – pacjent”. Nie ma mowy o istnieniu przedstawicieli firm czy osoby w telemarketingu. Nie ma i już. Dlaczego? Najwyraźniej dlatego, że w takim układzie zamawianie leków jest proste i przejrzyste. Zatem ilość potencjalnych błędów jest mniejsza. Ponieważ „zawsze należy oddzielać ludzi od problemu” nie mam nic do osoby, która tak niefortunnie realizowała moje zamówienie. Mam za to sporo uwag do istniejącego systemu.
   Osobiście bowiem uważam, że obecnie istniejąca instytucja przedstawicieli firm farmaceutycznych, którzy kontaktują się z aptekami, nie powinna istnieć w takiej formie. W moich oczach są oni zwykłymi „domokrążcami”, sprzedawcami pakietów, którzy „kreują rynek” regulując jego tendencje oraz forują wybrane apteki, które z nimi „współpracują”. Prowadzi to w konsekwencji do zachwiania „równowagi rynkowej pomiędzy podmiotami prowadzącymi apteki”. Jako reprezentant zawodu, również w samorządzie zawodowym, nie zgadzam się z taką rzeczywistością. Wolałbym, i tego życzę wszystkim moim koleżankom i kolegom, by byli to tacy sami przedstawiciele w charakterze swej pracy co ci, którzy spotykają się z lekarzami i prezentują produkty firm, które reprezentują. Rozumiałbym wtedy sens takich spotkań, gdyż nie studiowałem „pakietologii handlowej”, a farmację. Merytoryczne spotkania by mnie ubogacały, bo poszerzałyby moją wiedzę, a nie poniżały, jak to ma miejsce obecnie, gdyż nie stać mnie na zatowarowanie apteki. Dodatkowo nie widzę w tym większego sensu. Leki to nie „spożywka” i nie można ich „upychać” chorym ludziom na siłę. Nie „wchodzę w układ” i nie kupuję więcej za rabat i fakturę marketingową, gdyż nie na tym – w mojej ocenie – ma polegać współpraca z przedstawicielem. Spotkania z nim wolałbym uznawać jako „szkolenie w miejscu pracy” – tak jak w każdej firmie. Przedstawiciel wtedy przypominałby mi wiedzę o lekach, a dodatkowo ją poszerzał o nowości, które obecnie prezentowane są częściej przez katalogi ofertowe hurtowni i gazety, aniżeli przez owych przedstawicieli. Marzę o wysoko merytorycznie przygotowanych do pracy przedstawicielach firm farmaceutycznych (nie mylić z przedstawicielami handlowymi). Niejeden z nas farmaceutów z całą pewnością znalazłby tam posadę. Nie tylko ze względu na to, że rynek pracy w aptekach jest już bardzo nasycony, ale przede wszystkim dlatego, że tacy pracownicy rozumieliby ideę farmacji nie jako biznes handlowy, a jako miejsce faktycznego świadczenia usługi i to „najwyższego lotu” – opieki farmaceutycznej.

dr n. farm. Grzegorz Pakulski
 

Podobne wpisy