|

01.2014 – „Mija 10 lat…”

styczeń 2014, nr 89/67 online

 

   Mija 10 lat od chwili, gdy spotkała mnie następująca sytuacja w pracy „za pierwszym stołem”. Pewnego dnia w aptece stało kilka osób. Były to czasy wypisywania recept w zasadzie wyłącznie odręcznie. Pacjent, mężczyzna w wieku ok. 37 lat, podał mi taką ręcznie wypisaną receptę. Spojrzałem na nią i ze 100% szczerością powiedziałem: „Wie Pan co… ja nie wiem co to jest!?”. Riposta była równie szybka i szczera: „To co Pan tu robi?!”
   Choć minęło już sporo czasu od tamtego wydarzenia, to pozostaje mi ono bardzo żywe w pamięci. Myśl o tym, iż jestem doświadczonym fachowcem potrzebnym pacjentom, człowiekiem specjalnie w tym celu wykształconym, posiadającym dwie specjalizacje a nawet doktorat, została rozbita w pył gdyż nie umiałem przeczytać czyichś bazgrołów. Mogę powiedzieć, że padłem ofiarą lekceważenia mnie jako farmaceuty przez lekarza, który z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku po prostu wypisał w sobie znanym stylu receptę, która (co należy ze szczególnym naciskiem podkreślić) była po prostu absolutnie „nierozczytywalna” przez kogokolwiek z personelu aptecznego, również niejednej z okolicznych aptek. Pomimo tego, że pacjent trafił do nas, jako do kolejnej apteki (w sumie „ostatniej deski ratunku”) i sam nie był świadom tego, co miał przepisane, to i tak nie miało znaczenia, ponieważ w opinii pacjenta to ja nie byłem na swoim miejscu…
   Postawione mi ówcześnie pytanie tym razem zadaję sam sobie. Co ja tu robię i komu jestem jeszcze potrzebny? Czy mój zawód jest jeszcze potrzebny?
   Z pytań na szczególną uwagę zasługuje „Po co i komu jestem potrzebny?”. Współcześnie, w oczach przeciętnego pacjenta odwiedzającego aptekę, jest ona dla niego sklepem. Wychowany „na Internecie” i reklamie telewizyjnej po prostu nam, farmaceutom, najzwyczajniej w świecie nie wierzy. Rację ma „Goździkowa”, ona się nie myli. Tak samo, jak reklama leków w TV. Gdy do tego dołożymy powszechną dostępność produktów leczniczych w tzw. „obrocie pozaaptecznym”, w którym nie jest wymagana wiedza fachowa od personelu tam pracującego, to w zasadzie można już całkowicie bezkrytycznie stwierdzić, że to, co można tak łatwo kupić, „nie może być szkodliwe”. Dla pacjenta/klienta apteka musi być „telewizyjna”, oferująca w bonusowych ofertach leki. Ma być tanio i wygodnie. Wiedza?! Jaka wiedza?! Po co. Nie na darmo mi kiedyś powiedziała jedna z pacjentek, że „Pan tylko utrudnia!” A chciałem pomóc… żeby sobie nie zrobiła krzywdy…
   Media edukują. Ludzie, którzy wiedzą więcej i są „świadomi swojego wyboru”, nie dostrzegają demagogii nawet ze strony autorytetów, czyli osób kompletnie nieznających się na farmacji i na leczeniu. Istotne jest jedno – skoro można na tym zarobić, to należy temu trendowi dać zielone światło. Najlepiej poprzez reklamę – o zgrozo aptek! Do tego dodajmy marketingową definicję sukcesu w farmacji otwarto-aptecznej, że: „decyduje lokalizacja i cena”, no i mamy „po zawodzie”…
   To nie jest mój świat. Ja się do niego nie przyznaję i właśnie dlatego muszę odejść w zapomnienie, jak i moje z wielkim trudem zdobyte wykształcenie oraz wysiłek w codziennej pracy, w żadnej mierze i sposobie niezapłacone! W systemie, w którym doświadczony farmaceuta ma żyć z niskiej marży, której skala nie występuje w żadnej opartej na handlu działalności, nie można liczyć na to, że tenże farmaceuta będzie chciał podnosić swoje kwalifikacje i zdobywać doświadczenie zawodowe. Nie będzie się szkolił, bo to kosztuje, a jednocześnie nie jest komukolwiek potrzebne – co wykazałem powyżej. Jeśli apteki mają ze sobą konkurować ceną i lokalizacją to znaczy, że nie ma sensu ani szkolić, ani dokształcać farmaceutów.

 dr Grzegorz Pakulski
 

Podobne wpisy