Jedenasta tajemnica.

Szopki duże i małe

Goście zwiedzający trzy kolejne warszawskie wystawy „Miniaturowe szopki z całego świata w prywatnej kolekcji Jerzego Knapika” często pytali mnie, skąd wziął się pomysł mojego oryginalnego hobby, czyli kolekcjonowania akurat szopek.

Pytający, podobnie jak ja w dzieciństwie, w okresie Bożego Narodzenia odwiedzali z rodzicami okoliczne kościoły czy klasztory, żeby podziwiać tradycyjne szopki – montowane czasami w prezbiterium, ale najczęściej w jednej z bocznych naw kościoła. Bywały to konstrukcje dochodzące do kilku metrów, z reguły statyczne, znacznie rzadziej – ruchome. Dzisiaj również można napotkać szopki klasyczne, czyli o czysto biblijnym przesłaniu, ale również ostatnio modne w Polsce „szopki” z mniej lub bardziej wyraźnym odniesieniem do współczesności, a nieraz nawet z „politycznym” podtekstem czy wręcz przesłaniem propagandowym.

10-austria-metalemalia
Austria (metal i emalia).

Szczególną popularnością wśród dzieci cieszyły się i cieszą się do dziś, lokowane często w stylizowanych stajniach konstruowanych na dziedzińcach klasztorów (ale również np. gdzieś na miejskim skwerze), tzw. „żywe szopki”. Największą ich atrakcją są żywi „aktorzy” (najczęściej osiołek, owieczki, kucyk czy nawet krowa). Takie „żywe szopki”, mają ponad 800 letnią tradycję sięgającą szopki animowanej w 1223 roku przez Św. Franciszka we włoskim Greccio. We współczesnym potocznym języku moglibyśmy chyba nazywać je „rekonstrukcjami”. W jakim stopniu są one „rekonstrukcjami historycznymi” pozostaje przedmiotem wiary. Sam pamiętam z dzieciństwa fascynujące młodych widzów także inne „rekonstrukcje”, zwane wówczas „jasełkami”. Kulturoznawcy wywodzą polskie jasełka i żywe szopki właśnie w prostej linii od… szopki Św. Franciszka. Więcej o światowej historii szopek na przestrzeni dziejów traktuje jeden z rozdziałów książeczki o mojej kolekcji wydanej w ub. roku, wspomnianej w ostatnim rozdziale tego artykułu.

W kościołach i na miejskich placach jest dużo miejsca, a więc scena jest ogromna. Stąd adekwatna skala i wymiary tradycyjnych, dużych szopek betlejemskich, powszechnie uznanych w Polsce za drugi – po rozświetlonej choince -nieodłączny atrybut bożonarodzeniowej tradycji i „oprawy” Świąt. Przy czym w Polsce większa lub choćby malutka choinka nieodmiennie stoi w każdym domu, natomiast „szopki” chodziło się (i tak jest do dziś) oglądać całą rodziną do okolicznych kościołów – do „warszawskich Kapucynów”, do dolnośląskich Wambierzyc, do katowickich Panewnik, czy np. na Krakowski Rynek.

Na drugim biegunie w skali wielkości są szopki miniaturowe, znane też na świecie jako „szopki domowe”. Muszą być tak małe, że podobnie jak choinka zmieszczą się w każdym, nawet najmniejszym mieszkaniu. Ale w moich bożonarodzniowych wspomnieniach miniaturowe szopki w zasadzie nie istniały. „Szopka” musiała być prawdziwa,  pełnowymiarowa, wystawiana w kościele lub na przyklasztornym dziedzińcu. I tak było przez pierwsze ponad pięćdziesiąt lat mojego życia.

austria-burgenland
Austria (Burgenland).

Kiedy i jak się to zaczęło

Jest grudzień 1999 roku. Do świąt Bożego Narodzenia pozostało już niecałe dwa tygodnie. A ja właśnie rozpoczynam swoją ostatnią w tym roku podróż służbową. Z niebieskim paszportem ONZ w kieszeni odwiedzę jeszcze przed Świętami trzy kraje Ameryki Łacińskiej: Kostarykę, Meksyk i Peru. Potem już powrotny przelot nad Atlantykiem i na Wigilię powinienem zdążyć do Wiednia, gdzie wówczas mieszkaliśmy z żoną.

Dzisiaj sobota. Po bardzo długim przelocie z Europy to jedyna szansa łagodnego przywyknięcia do róźnicy czasu („jet lag”) i do wysokich grudniowych temperatur panujących w spalonym słońcem San Jose – stolicy Kostaryki. Jutro jeszcze wycieczka na „Fiesta Navidad” na pobliskim wybrzeżu Pacyfiku. A w poniedziałek zabieram się do pracy, bo rano oczekują na nas w miejscowym MSZ.

W mieście nie czuje się jeszcze przedświątecznej atmosfery. Na ulicach nie widać naszych stoisk z choinkami  (bo nie ma choinek, w domach zastąpią je ewentualnie żywe cyprysy lub sztuczne drzewka „Made in China”). Reklamy zapraszające na zakupy świątecznych prezentów i kolorowe girlandy na głównych ulicach rozbłysną dopiero po zmroku. I wtedy przypomną, że jednak święta za pasem.

Wieczorem oczekuje kolacja, na którą zaprosili mnie mieszkający w San Jose rodzice mojej współtowarzyszki tej podróży, pracującej w Wiedniu w tej samej organizacji międzynarodowej. W ciągu dnia postanawiam więc zwiedzić miasto.

Wchodzę na dziedziniec starego białego kościoła. I staję jak wryty. Cały dziedziniec zajmują prymitywne stoiska, na których setki domorosłych artystów oferują tysiące, a może dziesiątki tysięcy malutkich, kolorowych, drewnianych i ceramicznych własnoręcznie wykonanych szopek betlejemskich. Największe nie przekraczają 15-20 cm wysokości, najmniejsze mieszczą się w dłoni (a nawet w pudełku od zapałek). I nie ma chyba dwóch jednakowych. Jestem w szoku.

Miniaturowe szopki spotykałem już wcześniej na przedświątecznych jarmarkach w Austrii. Ale nigdy więcej niż kilka sztuk jednocześnie, z reguły podobnych w formie, choć wykonanych z bardzo różnych i „dziwnych” materiałów. Wśród bogatej świątecznej oferty otaczających je innych austriackich „prezencików pod choinkę” nigdy jednak nie wzbudziły one dotychczas mojego szczególnego zainteresowania.

dsc02789

Inspiracja i iluminacja

Kolejny szok oczekiwał mnie wieczorem na kolacji. W pięknej rezydencji już w przedpokoju zauważyłem miniaturowe szopki rozstawione na meblach. Kolejne oczekiwały w salonie, a także w kuchni dokąd za chwilę zaprosiła mnie gospodyni tego domu – Señora María del Carmen Benavides. Szopki stały też na starych drewnianych schodach i w sypialniach na piętrze. Bo cała rezydencja na okres Świąt zamieniała się w jej „prywatne” muzeum szopek. W odróżnieniu od szopek, które zobaczyłem wcześniej na przykościelnym dziedzińcu, te miniaturki pochodziły jednak z najróżniejszych krajów świata. Nie zapytałem wtedy z ilu krajów pochodzą szopki w jej kolekcji. Natomiast po powrocie do Europy, za pośrednictwem jej córki przesłałem do San Jose małą Szopkę Krakowską, bo takiej akurat w tej unikalnej kolekcji nie zauważyłem.

W trakcie tej właśnie przedświątecznej wizyty na antypodach uświadomiłem sobie, że jest coś fascynującego w tym, że wydarzenia, które miały miejsce przed 2000 lat w betlejemskiej stajence, do dziś inspirują domorosłych rzeźbiarzy i snycerzy na całym świecie do autorskich prób ich – najczęściej „prymitywnej” – wizualizacji. Inspirują twórców, którzy kreują swoją własna scenę narodzin Dzieciątka („Nativity Scene” – ang.) w swoim „metajęzyku”, a więc wykorzystując własną tradycję i scenerię adekwatną do otaczającej ich natury i własnej kultury.

Ten fakt, że corocznie w końcu grudnia, nie tylko w kościołach, ale właśnie w milionach domów na całym świecie oprócz choinki cieszą wzrok dorosłych i dzieci miniaturowe szopki, nie jest bynajmniej powszechnie uświadomiony. A więc inne „domowe” szopeczki, często własnej konstrukcji, w których tego samego dnia po wigilijnej kolacji też pojawi się figurka Nowonarodzonego, widziane u przyjaciół, znajomych lub też na parafialnej czy diecezjalnej wystawie szopek, niekoniecznie zaraz uświadamiają nam prawdziwą skalę i międzynarodowy zasięg tego fenomenu chrześcijańskiej tradycji i wiary.

I dlatego pomyślałem, że jeśli już podróżuję dużo po świecie, to może warto zacząć szukać i zbierać również miejscowe szopki. Bo dopiero zgromadzone w jednym miejscu lepiej pozwalają mimowolnie uświadomić sobie i innym, że 24/25 grudnia każdego roku „Bóg się rodzi na wszystkich kontynentach”.

Tak więc to właśnie nieoczekiwana wizyta w „prywatnym muzeum” Señory Benavides oraz spotkanie z tysiącami miejscowych szopek w San Jose spowodowały, że wracając do hotelu wiedziałem już, że jutro rano udam się ponownie do kościoła Iglesia de Nuestra Señora de la Soledad, aby tam na dziedzińcu zainagurować swoją własną kolekcję „Miniaturowe szopki z całego świata”.

dsc02528
Niemcy (porcelanowa szopka-świecznik).

Co było dalej?

Jeszcze przez ponad 10 lat podróżowałem z błękitnym paszportem ONZ po świecie. I choć możliwości poszukiwania  szopek „u źródeł” funkcjonują w zasadzie tylko przez trzy miesiące rocznie, dzisiaj moja kolekcja liczy już ponad 150 eksponatów pochodzących z 39 krajów ze wszystkich kontynentów (z Antarktyką włącznie). I wciąż się powiększa. Ostatnimi laty jednak już tylko dzięki przyjaciołom, którzy pamiętają o moim hobby oraz dzięki możliwościom Internetu (można tam znaleźć miliony absolutnie unikalnych szopek), poczty i służb kurierskich. Niestety koszty przesyłki podwajają, a nawet potrajają często koszt samego eksponatu znalezionego na ebay-u czy innym wyspecjalizowanym portalu.

Początkowo kolekcja rosła dość przypadkowo, wybór eksponatów był uzależniony od moich służbowych wojaży i obowiązków. Z czasem zacząłem ją uzupełniać już według klucza geograficznego (skąd i jakie mam szopki), „zamawiając” nawet eksponaty u kolegów, których delegowano do dalekich krajów, z których szopek nie miałem. Sam, podróżując nadal samochodem po krajach europejskich, niezależnie od pory roku szukam szopek w sklepach z pamiątkami. Przez wszystkie lata i wśród wszystkich krajów jakie odwiedziłem, bezspornie jednak największe zasoby eksponatów do mojej kolekcji zgromadzonych w jednym miejscu zapamiętałem właśnie z pierwszej podróży do Ameryki Łacińskiej. Przywiozłem wtedy do domu pierwsze pół walizki pieczołowicie opakowanych szopek „prosto ze straganu”, czyli od autorów. Do dziś żałuję, że nie całą. Te pierwsze są eksponowane na moich wystawach w oddzielnej, przenośnej gablotce. Byłem w Peru jeszcze dwukrotnie, ale niestety nigdy już w okresie świątecznym. Szopki uzupełniające pierwsze eksponaty znajdywałem więc już tylko w sklepach z galanterią folklorystyczną. Co ciekawsze, znajdywałem je nie tylko w tych krajach skąd pochodzą. Szopek z Ameryki Łacińskiej mam dziś w kolekcji 21, z tego aż 13 pochodzi z Peru. I dlatego, według mojej wiedzy, to ten właśnie kraj w skali światowej wiedzie prym pod względem wyrobu miniaturowych szopek. Nie masowej produkcji (bo tu podobnie jak we wszystkich innych dziedzinach przodują produkty chińskie), ale właśnie oryginalnych wyrobów. Oryginalnych, czyli szopek wykreowanych przez miejscowych artystów i rękodzielników w pojedynczych egzemplarzach lub ręcznie wykonanych w krótkich autorskich seriach. Jest wśród nich najsłynniejsza chyba ceramiczna Scena Narodzin pochodząca z tego regionu, autorstwa Felipe Enriqueza zatytułowana „las manos”, czyli „ręce” (zdj. 1), czy unikalna szopka z surowej wypalanej gliny kupiona na ulicy w Cusco, historycznej stolicy Inków (zdj. 2). W ubiegłym roku odkryłem w Internecie szopki nazwane, adekwatnie do wyglądu: „Igloo Nativity” i „Bengal Nativity” (zdj. 3), obie ulubione przez najmłodszych gości zwiedzajacyh moją ubiegłoroczną wystawę. Gdy jednak odebrałem przesyłkę to stwierdziłem na podstawie obu tych małych ceramicznych wyrobów elegancką naklejkę „Made in Peru”. Założyłem się wówczas, że za rok lub dwa znajdę w Internecie… ceramiczną szopkę krakowską z naklejką „Made in Peru”.  Jeśli tak, to natychmiast ją ściągnę na kolejną wystawę.

las-manos-peru
Zdjęcie 1.
47-peru-cusco
Zdjęcie 2.
dsc02985
Zdjęcie 3.

Do 2011 roku, powiększający się stopniowo zbiór, corocznie przez dziesięć miesięcy oczekiwał na pawlaczu w pudełeczkach na swoje „pięć minut”. Czyli na okres świąteczny, kiedy to ponownie rozpakowywane szopeczki rozstawiałem pieczołowicie na całe dwa miesiące po naszym wiedeńskim mieszkaniu. Tak jak to zobaczyłem przed laty w San Jose. Moje szopki też cieszyły wzrok świątecznych gości i wraz z choinką i z aromatem pierników i świeżego makowca budowały ten niepowtarzalny bożonarodzeniowy klimat w domu. Prowokowały jednocześnie do rozmów z odwiedzającymi nas przy okazji Świąt przyjaciółmi z różnych krajów i kontynentów, pracującymi podobnie jak ja w Wiedniu, m.in. o tradycji i świątecznych zwyczajach w ich krajach rodzinnych.

Dopiero po powrocie do kraju zdecydowałem się mój zbiór szopek udostępnić szerszej publiczności. W latach 2013-2015 odbyły się więc w okresie Bożego Narodzenia trzy wystawy moich eksponatów, wszystkie w Warszawie. Kolejno w kościele, w pobliskim domu kultury, w końcu w Centralnej Bibliotece Rolniczej. Były chętnie odwiedzane przez zaintrygowanych tematem mojego oryginalnego hobby dorosłych oraz dzieci i młodzież. Po dwóch ostatnich wystawach zachowałem Księgi Pamiątkowe z bardzo ciepłymi wpisami zwiedzających i to w różnych językach. Kolejna wystawa ma być w Łodzi, moim rodzinnym mieście. Tym razem kolekcji gościny udzieliło Muzeum Farmacji im.prof. J.Muszyńskiego.

Praktycznie wszyscy znajomi, których informowałem o zamiarze organizacji kolejnej wystawy dopytywali się skąd taka właśnie lokalizacja – dlaczego Muzeum Farmacji. Wyjaśnienie, że jedyne moje związki z farmacją sprowadzają się do nieprawdopodobnie wielkiej liczby tabletek i innych lekarstw, które połknąłem w ciągu życia, i – choć prawdziwa – brzmiała nieprzekonywująco i budziła uśmiech na twarzy moim rozmówców.  Czyżby w Łodzi brakowało sal wystawowych mniej wyraźnie sprofilowanych zawodowo niż królestwo pracowników i historyków farmacji działające w najstarszej łódzkiej aptece? W związku z faktem, że ta wystawa, czyli mój swoisty „come back” do Łodzi po ponad pół wieku, zbiegła się w czasie z obchodami 100-lecia mojej łódzkiej szkoły licealnej, poprosiłem Zarząd Stowarzyszenia Wychowanków mojej Szkoły o objęcie wystawy Patronatem Honorowym. To z kolei spowodowało, że część moich rozmówców zaczęła dociekać, czemu więc nie organizuję wystawy na przykład w pomieszczeniach szkoły. Żeby uśpić podejrzenia wszystkich dociekliwych musiałem więc pilnie wymyśleć jakąś odpowiedź.  I oto ona.

dsc02642
Peru (szopka w dwóch połówkach tykwy).

Jedenasta Tajemnica

W 2014 roku przygotowując kolejną wystawę, a bardziej precyzyjnie mówiąc, pracując nad albumikiem mojego autorstwa zatytułowanym „Miniaturowe Szopki z Całego Świata” nabyłem pięknie wydany album Grzegorza Górnego „Trzej Królowie, Dziesięć Tajemnic”. I właśnie ten tytuł, na równi z usilnym poszukiwaniem odpowiedzi na pytania o związek szopek bożonarodzeniowych z historią farmacji, spowodował kolejną iluminację (dla przypomnienia, pierwsza miała miejsce przed laty w San Jose).

Wierzymy, że krótko po narodzeniu Jezusa, do Bethlejem, małej mieściny w Galilei w ziemi judzkiej dotarły trzy orszaki ze wschodu. W polskiej tradycji mówi się, że towarzyszyły one w podróży trzem królom, którzy prowadzeni przez niezwykle jasną gwiazdę  na nieboskłonie udali się w tę drogę, aby pokłonić się nowonarodzonemu królowi Izraela. Odpowiedź na pytanie, czemu w polskiej tradycji przyjęło się tytułować ich zdecydowanie „Trzej Królowie”, podczas gdy równolegle w świecie chrześcijańskim dominuje określenie „Trzech Magów” lub „Trzech Mędrców”, nie jest jednoznaczna. Jedynym miejscem w Biblii, gdzie pojawia się opis pokłonu trzech magów jest Ewangelia św. Mateusza. Ewangelista nie wspomina nic by byli oni koronowanymi władcami. Autor, piszac swą Ewangelię w języku greckim, nazywa ich po prostu magoi apo ton anatolum czyli po polsku „mędrcy (magowie) ze wschodu”. Grecki wyraz magos miał w kulturze hellenistycznej kilka znaczeń, począwszy od wysokiej rangi perskiego kapłana i mędrca, poprzez czarownika, znawcę nauk tajemnych lub astrologa, ale także oszusta i uwodziciela. Jeśli ze zrozumiałych względów odrzucić dwa ostatnie znaczenia, to pozostałe można sprowadzić do potocznego określenia mędrzec lub ewentualnie jako bliskiego fonetycznie greckiemu oryginałowi słowa mag. I choć na kilku z kilkudziesięciu starych obrazów i rycin widać trzech wędrowców z koronami na głowach (jak np. na słynnym obrazie El Greco „Pokłon Trzech Króli”), to jednak z moich analiz tematu wynika, że najbardziej popularne jest jednak określenie „Trzech Mędrców”. Problem „królowie czy mędrcy” to dwie z dziesięciu tajemnic rozstrząsanych w cytowanej na wstępie tego rozdziału książce o tajemnicach Trzech Króli.

Pozostańmy więc jednak na stanowisku, że to nie koronowani władcy, a tylko ich wysłańcy – mędrcy z dalekiej Persji, Babilonu, Mezopotamii, a może Armenii czy nawet Indii, kierując się wskazówkami dworskich astrologów poprowadzili wyprawy do odległego Jerusalem. Udali się w poszukiwaniu nowonarodzonego władcy Judei i całego Wschodu, którego narodziny  przepowiadały ich własne stare księgi oraz mesjańskie proroctwa religii żydowskiej, które niewątpliwie, jak na mędrców przystało, też znali. Skąd naprawdę mogli pochodzić, jak się nazywali i jakie – zgodne z obyczajem i ówczesnym protokołem – nieśli dary, to kolejne trzy tajemnice, o których traktują kolejne trzy rozdziały tejże książki.

dsc02792
Madagaskar (święte, białe drzewo palisander).

Natomiast co do „prezentów” złożonych w darze Nowonarodzonemu panuje na przestrzeni wieków w piśmiennictwie i ikonografii zadziwiająca zgoda. Niech więc to one posłużą nam za główny trop w dalszych rozważaniach. Zgodnie z głównym i jedynym biblijnym źródłem, czyli Ewangelią św. Mateusza były to:  złoto, kadzidło i mirra, czyli w ogólno-helleńskim dialekcie: chrysós (χρυσός), líbanos (λίβανος) i smýrna (σμύρνα).

Złoto – jako królewski dar dla innego wielkiego władcy nie wymaga komentarza. Tajemnicą, również dziś, pozostaje zwykle tylko ilość darowanego czystego kruszcu (kilo czy mega-uncje).

Kadzidło – zwane również olibanumem – jest rodzajem żywicy. Otrzymuje się je głównie z drzew Boswellia sacra. Rosną one na półpustyniach i obrzeżach pustyń północno-wschodniej Afryki oraz na granicy Omanu i Jemenu. Drzewa Boswellia sacra były traktowane niemal jak dar niebios. Ze względu na przyjemny cytrusowy aromat, olibanum często wykorzystywano w produkcji kosmetyków – do dzisiaj można go znaleźć w wielu perfumach. Używano go również w medycynie, głównie w aromaterapii. Współczesne badania wykazały, że zawiera on seskwiterpeny zwiększające utlenowanie mózgu – nawet aż o 28 proc. Wpływa to bardzo korzystnie na gospodarkę hormonalną, stany emocjonalne oraz procesy uczenia się i zwiększa odporność organizmu. Wykazano także, że olibanum ma właściwości antyrakowe (źródło: Wikipedia).

Mirra – samo słowo mirra pochodzi z arabskiego „myrrh”, które oznacza w dosłownym tłumaczeniu „coś, co było gorzkie”. Jest to wonna żywica otrzymywana z balsamowców Commiphora myrrha lub Commiphora gileadensis. Drzewa te rosną głównie w Etiopii, Somalii, Jemenie i Arabii.

Mirrę często wykorzystywano w starożytnej medycynie. Chińczycy używali jej do leczenia artretyzmu czy nadciśnienia krwi.  W starożytności była używana jako lekarstwo w chorobach układu pokarmowego, oddechowego i rozrodczego oraz do pielęgnacji jamy ustnej. Leczyli nią rany żołnierze Kserksesa I (ok. 517-465 p.n.e.). Starożytni Egipcjanie używali mirry do wytwarzania olejków wykorzystywanych przy balsamowaniu ciał. Mirra ma własności przeciwbólowe. Również dziś jest składnikiem niektórych mazideł i maści leczniczych używanych przy leczeniu otarć skóry, stłuczeń, bólach spowodowanych skręceniem stawów, itp. Stwierdzono, że zawarte w niej seskwiterpeny furanoeudesma-1,3-dien wpływają na receptory opioidowe w mózgu. Receptory te mają wpływ na odczuwanie bólu. Obecnie dowiedziono także, że żywica ta obniża poziom cukru we krwi oraz tzw. złego cholesterolu (źródło: Wikipedia).

 

chinska
Chiny (tryptyk wyrzeźbiony w drewnie kamforowym).

Tak więc dwa z trzech darów złożonych przez biblijnych Mędrców ze Wschodu przed żłóbkiem były skarbami stosowanymi w starożytnej medycynie, oba w cenie złota. Ale wiedza i kompetencje ówczesnych mędrców były, inaczej niż dziś, synergicznie związane łącząc wąskie „specjalności” dworskich medyków czy królewskich farmaceutów. To ostatnie słowo, aktualne przecież do dzisiaj, też ma swoją bardzo długą historię sięgającą podobno czasów przed narodzeniem Chrystusa. Nazwa „farmaceuta” pochodzi przecież od starożytnego egipskiego ph-ar-maki co znaczyło „ten kto zapewnia bezpieczeństwo”.

I tutaj pojawi się wreszcie (nawet jeśli została wykoncypowana z przymrużeniem oka) teza, która stała się źródłem tytułu tego bożonarodzeniowego artykułu dla Aptekarza Polskiego. A także jego ostatniego rozdziału. Otóż w wyniku moich analiz uwzględniających właśnie rachunek prawdopodobieństwa, tudzież dzięki wspomnianej wyżej drugiej iluminacji, jeden z dwóch biblijnych Mędrców, ten od myrrhy lub ten ze szkatułą pełną olibanum, z dużym prawdopodobieństwem mógł reprezentować uczonych najwyższego wtajemniczenia i zaufania „którzy zapewniają bezpieczeństwo”, czyli… starożytnych farmaceutów. W tak długiej, dziwnej i niebezpiecznej podróży akurat tacy członkowie orszaku niosącego skarby nie powinni budzić zaskoczenia.

A jeśli się mylę? Cóż, zawsze możemy ich traktować zgodnie z polska tradycją, jako trzech koronowanych władców. I pamiętając o roli Łodzi w przywróceniu państwowego charakteru Święta możemy w nich zawsze widzieć Trzech Króli.usa-native-american-crib

poland

A Czytelników Aptekarza Polskiego zapraszam oczywiście w grudniu i w styczniu do Muzeum Farmacji w Łodzi na moją wystawę. I życzę wszystkim Wesołych Świąt!  

Jerzy Knapik

fot. Autora

Podobne wpisy