08.2010 – „Wyprawa – jak zwykle w nieznane!”

sierpień 2010, nr 48/26 online
 
WYPRAWA  – JAK ZWYKLE W NIEZNANE!
 
   Do podzielenia się z Państwem moimi wspomnieniami z podróży do Peru, Boliwii i Ekwadoru ze zwiedzaniem wysp Galapagos, zdopingował mnie pochmurny sierpniowy poranek. Po wielu dniach upałów, odmiana aury nie spotkała się z moim zadowoleniem i szybko wróciłam myślą do wcześniej zwiedzanych miejsc na drugiej półkuli, mimo, iż tam panowała zima, swoista co prawda – ale długi rękaw i kurtka były cały czas w użyciu.
 
Tradycyjna łódź Indian z plemienia Uro na jeziorze Titicaca.
  
   A jak to się wszystko zaczęło? Inicjatorem naszego rodzinnego wyjazdu wakacyjnego był jak zwykle mój Mąż Paweł, który jest odpowiedzialny za działalność kulturalno-oświatową w naszej małej komórce społecznej. Tym razem wybraliśmy wyjazd zorganizowany ze względu na stosunkowo utrudniony transport tzw. publiczny w tym regionie świata. Nasz wybór padł też na bardzo przyjazne biuro podróży, które już na lotnisku w pakiecie powitalnym uraczyło nas śliwką w czekoladzie. Śliwka – symbol biura – towarzyszyła przez cały czas wyprawy pod postaciami różnych wiktuałów, których spożywanie wprowadzało wszystkich uczestników w ogólną wesołość.
   Pierwszy punkt podróży – Lima – przywitała nas wszechobecnym zamgleniem, garuą zwanym. Stara kolonialna część stolicy Peru została założona w 1535 roku przez Francisca Pizarro we własnej osobie. Obowiązkowy punkt programu – przebogate zbiory muzeum złota wydatnie pomagają spojrzeć oczami wyobraźni na nieprzebrane bogactwa Inków i ich kunszt rzemieślniczy. Obok muzeum specjalnie zainstalowano współczesny sklep jubilerski, którego wyroby należą do najwierniejszych kopii antycznych oryginałów. Wzory tych precjozów są niepowtarzalne, a zakup jakiegoś drobiazgu ze wszech miar godny polecenia.
 

Spotkanie z żółwiem olbrzymim w Stacji naukowej im. Karola Darwina na Galapagos.
 
   Po niezliczonych urokach architektonicznych Limy podróż wiodła nas wzdłuż wybrzeży Pacyfiku. Sporą atrakcją była obserwacja tajemniczych linii wyrytych na rozległym obszarze kamiennej pustyni w Nasca, które z powietrza prezentują wyrafinowane formy zwierząt i innych obiektów. Ostre skręty awionetek przyprawiały o zawrót głowy i ból brzucha pasażerów, ale lot wart był tego „poświęcenia”. Kolejny niesamowity punkt programu to białe miasto Kordylierów – Arequipa z przedziwnym klasztorem Świętej Katarzyny, w którym przez ponad 300 lat w całkowitej tajemnicy żyło 150 zakonnic i 400 służących. Jak żyło – można się jedynie domyślać, gdyż dopiero w 1970 roku otwarto dla zwiedzających bramy klasztorne, gdy liczba zakonnic zmalała do kilkunastu. A życie przez stulecia w owym klasztorze chyba musiało być wygodne dla kobiety, gdyż prowadzona była ostra selekcja wśród wysoko urodzonych niewiast. Skrupulatnie sprawdzano ich stan majątkowy i wysokość posagu. Poza tym liczba służących wydaje się mówić sama za siebie. Na jedną zakonnicę przypadały prawie 3 służące, a każda siostra miała budowany przez rodzinę swoisty apartament na terenie klasztoru.
   Nasza wyprawa nie ominęła też obowiązkowego punktu programu zwiedzania Peru – najgłębszego kanionu na świecie – Colca. Ten prawdziwy cud natury wyrzeźbiła na głębokości 3.400 m rzeka Rio Majes. Dla turystów prawdziwym dziwem jest jednak obserwowanie kondorów, które prawie jak z zegarkiem w ręku startują ze swych gniazd położonych na zboczach kanionu i są unoszone przez ciepłe prądy powietrzne. Na tę wyprawą zabrałam teleobiektyw, jak się przekonałam na poprzednich, całkowicie niezbędny w przypadku chęci uwieczniania przyrody ożywionej w postaci zwierząt. Strzelałam zdjęcia jedno za drugim jak zauroczona ptaszyskom, które majestatycznie unosiły się w powietrzu. Mimo, iż uwieczniłam już ponad 300 ujęć to chciałam jeszcze i jeszcze. Dobrze, że na zorganizowanej wycieczce są narzucane ograniczenia czasowe w delektowaniu się poszczególnymi atrakcjami, gdyż człowiek mógłby się całkowicie zapamiętać w jednym miejscu, a moc dalszych atrakcji jeszcze czeka.
 
Legwany morskie okupują  ścieżkę dla turystów.
 
   Pływające wyspy Uros, na których zamieszkują Indianie z plemienia Uro na jeziorze Titicaca to kolejna niesamowita atrakcja turystyczna. Indianie budują swoje wyspy z bloków sitowia, które łączą ze sobą, tak aby 5-7 rodzin mogło dość  swobodnie gospodarować. Wyspy trzeba odnawiać co kilka lat, gdyż nasiąkają wodą i toną, a i ogrzewania też na nich nie ma, za to jest swoboda, gdyż wyspa może się przemieszczać z prądami jeziora.  Indianie, których odwiedzaliśmy, mimo spartańskich warunków życia, przestawili się na przemysł turystyczny, który skrzętnie uczynili swoją pracą zawodową z korzyścią dla siebie i oczywiście żądnych wrażeń turystów.  W kilka dni po naszej wizycie przeczytaliśmy bardzo smutną wiadomość w prasie, że temperatura w regionie jeziora Titicaca spadła do -22oC w nocy, co spowodowało śmierć z wychłodzenia ponad 40 dzieci w wieku do lat pięciu. Kiedy nasza wycieczka odwiedzała wyspy, temperatura obniżała się „jedynie” do -4oC w nocy i  już wtedy mieszkańcy podkreślali, że muszą przetrwać ten trudny dla nich okres, bo tutaj na wyspach jest ich dom rodzinny i nigdzie indziej nie wyobrażają sobie życia.
   Zwiedzanie Świętej Doliny Inków w Pisac było przedsmakiem do delektowania się urokami najsłynniejszego na kontynencie miasta Inków – Machu Picchu. Perfekcyjnie dopasowane ogromne głazy i ich niezwykle przemyślane wkomponowanie w otaczająca przyrodę są dziełem niesamowitym skłaniającym turystę do głębokiej zadumy. Wspinanie się po blokach skalnych i wąskich stromych ścieżkach, po których wędrowały wieku wcześniej objuczone karawany z lamami budzą niekłamany podziw współczesnego podróżnika. Na najsławniejszy klasyk  wyprawy – wymarzone imperium Inków przeznaczyliśmy cały dzień. Pogoda była dla nas łaskawa i odkryte dopiero w 1911 roku wspaniałe dzieło rąk ludzkich ukazało nam się w pełnej krasie. Zdjęciom i zachwytom nie było końca. Zapadający zmierzch zmusił nas dopiero do powrotu do Aquas Calientes, do której to miejscowości przybywają pociągi turystyczne z Cusco, a w której w styczniu bieżącego roku koczowały tysiące turystów nie mogących się wydostać z miasta po gwałtownej zmianie pogody. W restauracjach nadal wspominany jest widok rzesz ludzi, którzy przez kilka dni spali na ulicach z nadzieją na przywrócenie komunikacji.  Nas na szczęście ominęły podobne atrakcje, natomiast nasza grupa przygotowała niespodziankę i  świętowała urodziny mojego Małżonka. Przeżycie było niesamowite – nawet dla mnie – mimo, iż to nie ja zdmuchnęłam świeczkę na torcie. Na ulicach roztańczone grupy mieszkańców przygotowujących się do święta, a w restauracji śpiewamy 100 lat. Wrażenia niezapomniane.
 
Sławny widok na Machu Picchu. 
 

   Największym jednak dla mnie przeżyciem z całej wyprawy było zwiedzanie wysp Galapagos. Wyprawa ma charakter kilkudniowej podróży jachtem. Część wysp jest zamieszkała jedynie przez zwierzęta, które są na przysłowiowe wyciągnięcie ręki, ale oczywiście nie wolno ich dotykać, aby nie straciły swojego zapachu i nie zostały wyeliminowane przez stado współtowarzyszy. Byłam przeszczęśliwa mogąc zrobić po raz kolejny użytek z mojego teleobiektywu. Dźwiganie opłacało się całkowicie, mimo, że zwierzęta były blisko, a niektóre bardzo blisko i do fotografowania osób ze zwierzętami trzeba było teleobiektyw zdejmować, gdyż nie dało się ustawić ostrości. Jednakże uwiecznienie pewnych detali zwierząt było możliwe jedynie przy zastosowaniu bardzo dużego przybliżenia. Obcowanie z nieskazitelną przyrodą, uważanie aby nie nadepnąć na ścieżce wytyczonej dla turystów legwana, lwa morskiego, albatrosa czy głuptaka wysiadującego jajo było całkowicie nowym doświadczeniem, sprawiającym mi niesamowicie dużo uciechy. Obserwowanie wspólnej pokojowej egzystencji przeróżnych gatunków zwierząt obok siebie i uczestniczenie w charakterze bliskiego obserwatora w rytuałach godowych głuptaków niebieskonogich czy fregat przyprawiało o dreszczyk emocji.
   Na jednej z wysp archipelagu – Isla Floreana – znajduje się Zatoka Pocztowa, na plaży której stoi beczka pełniąca rolę skrzynki pocztowa, która od XVII wieku służyła piratom i wielorybnikom. Od tego czasu beczkę wielokrotnie wymieniano, aby mogła pełnić wyznaczoną funkcję. Tradycja nakazuje przejrzenie wszystkich przesyłek, które zostały pozostawione i wzięcie tych, w których adresie jest nazwa naszej miejscowości lub cel podróży w celu bezpiecznego przekazania adresatowi. Część przesyłek ma adnotację, aby ich nie ruszać, gdyż osoby, które je napisały chcą osobiście za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat odebrać je w tym samym miejscu. Muszę przyznać, że to bardzo swoista metoda do zdopingowania się do powrotu na Isla Floreana, ale niewątpliwie kultywowana przez niejednego. Najwięcej przesyłek przeznaczonych było do Stanów Zjednoczonych, natomiast do Polski była przeznaczona jedna pocztówka. Bardzo się ucieszyłam, że choć jedna. Nasza koleżanka ją zabrała, aby przekazać adresatowi w Warszawie.
   Wyjeżdżając z Ameryki Południowej i opuszczając kulturę andyjską, nasunęła mi się pewna refleksja. Początkowo dziwiło mnie nieco podejście mieszkańców Andów do sprawy śmierci jako naturalnego, kolejnego i na co dzień oczekiwanego etapu szeroko pojętej egzystencji. W glinianych, wiejskich czy małomiasteczkowych chałupach na ołtarzykach ustawione były czaszki przodków, którzy dbają o pomyślność ogniska domowego. Na podłogach biegają świnki morskie, które stanowią źródło mięsa dla całej rodziny i jednocześnie są wyznacznikiem dobrych, bądź złych zamiarów gości odwiedzających mieszkańców. Dla przybysza z Europy nieco odmienny i może nawet niezrozumiały na pierwszy rzut oka wydaje się być „zegar” stosowany przez mieszkańców, który odmierzany jest przez pory roku i karnawał, stanowiący największe święto, na które się przygotowuje przez cały rok. Życie toczy się od karnawału do karnawału, który urzeka przepychem barwnych strojów, ognistych tańców i ogólnej wesołości. Gromadzenie nadmiaru dóbr doczesnych nie jest priorytetem życia mieszkańców. Nieco to  odmienne, może nawet dziwne dla nas, skażonych kulturą i pędem zachodu, podejście. Jednakże po pewnej zadumie, może warto zatrzymać się, podelektować  sytuacją tu i teraz. Może warto zaczerpnąć z kultury andyjskiej pewne elementy służące udoskonaleniu naszego, nadwyrężanego cywilizacją dnia codziennego, stanu psychoemocjonalnego… według mnie na pewno warto, do czego Państwa gorąco zachęcam!

 
Anna Zalewska-Janowska

Podpisy pod zdjęcia

                

Fot. 4.

Podobne wpisy