08.2010 – „Wyprawa – jak zwykle w nieznane!”

Pierwszy punkt podróży – Lima – przywitała nas wszechobecnym zamgleniem, garuą zwanym. Stara kolonialna część stolicy Peru została założona w 1535 roku przez Francisca Pizarro we własnej osobie. Obowiązkowy punkt programu – przebogate zbiory muzeum złota wydatnie pomagają spojrzeć oczami wyobraźni na nieprzebrane bogactwa Inków i ich kunszt rzemieślniczy. Obok muzeum specjalnie zainstalowano współczesny sklep jubilerski, którego wyroby należą do najwierniejszych kopii antycznych oryginałów. Wzory tych precjozów są niepowtarzalne, a zakup jakiegoś drobiazgu ze wszech miar godny polecenia.

Nasza wyprawa nie ominęła też obowiązkowego punktu programu zwiedzania Peru – najgłębszego kanionu na świecie – Colca. Ten prawdziwy cud natury wyrzeźbiła na głębokości 3.400 m rzeka Rio Majes. Dla turystów prawdziwym dziwem jest jednak obserwowanie kondorów, które prawie jak z zegarkiem w ręku startują ze swych gniazd położonych na zboczach kanionu i są unoszone przez ciepłe prądy powietrzne. Na tę wyprawą zabrałam teleobiektyw, jak się przekonałam na poprzednich, całkowicie niezbędny w przypadku chęci uwieczniania przyrody ożywionej w postaci zwierząt. Strzelałam zdjęcia jedno za drugim jak zauroczona ptaszyskom, które majestatycznie unosiły się w powietrzu. Mimo, iż uwieczniłam już ponad 300 ujęć to chciałam jeszcze i jeszcze. Dobrze, że na zorganizowanej wycieczce są narzucane ograniczenia czasowe w delektowaniu się poszczególnymi atrakcjami, gdyż człowiek mógłby się całkowicie zapamiętać w jednym miejscu, a moc dalszych atrakcji jeszcze czeka.

Zwiedzanie Świętej Doliny Inków w Pisac było przedsmakiem do delektowania się urokami najsłynniejszego na kontynencie miasta Inków – Machu Picchu. Perfekcyjnie dopasowane ogromne głazy i ich niezwykle przemyślane wkomponowanie w otaczająca przyrodę są dziełem niesamowitym skłaniającym turystę do głębokiej zadumy. Wspinanie się po blokach skalnych i wąskich stromych ścieżkach, po których wędrowały wieku wcześniej objuczone karawany z lamami budzą niekłamany podziw współczesnego podróżnika. Na najsławniejszy klasyk wyprawy – wymarzone imperium Inków przeznaczyliśmy cały dzień. Pogoda była dla nas łaskawa i odkryte dopiero w 1911 roku wspaniałe dzieło rąk ludzkich ukazało nam się w pełnej krasie. Zdjęciom i zachwytom nie było końca. Zapadający zmierzch zmusił nas dopiero do powrotu do Aquas Calientes, do której to miejscowości przybywają pociągi turystyczne z Cusco, a w której w styczniu bieżącego roku koczowały tysiące turystów nie mogących się wydostać z miasta po gwałtownej zmianie pogody. W restauracjach nadal wspominany jest widok rzesz ludzi, którzy przez kilka dni spali na ulicach z nadzieją na przywrócenie komunikacji. Nas na szczęście ominęły podobne atrakcje, natomiast nasza grupa przygotowała niespodziankę i świętowała urodziny mojego Małżonka. Przeżycie było niesamowite – nawet dla mnie – mimo, iż to nie ja zdmuchnęłam świeczkę na torcie. Na ulicach roztańczone grupy mieszkańców przygotowujących się do święta, a w restauracji śpiewamy 100 lat. Wrażenia niezapomniane.

Największym jednak dla mnie przeżyciem z całej wyprawy było zwiedzanie wysp Galapagos. Wyprawa ma charakter kilkudniowej podróży jachtem. Część wysp jest zamieszkała jedynie przez zwierzęta, które są na przysłowiowe wyciągnięcie ręki, ale oczywiście nie wolno ich dotykać, aby nie straciły swojego zapachu i nie zostały wyeliminowane przez stado współtowarzyszy. Byłam przeszczęśliwa mogąc zrobić po raz kolejny użytek z mojego teleobiektywu. Dźwiganie opłacało się całkowicie, mimo, że zwierzęta były blisko, a niektóre bardzo blisko i do fotografowania osób ze zwierzętami trzeba było teleobiektyw zdejmować, gdyż nie dało się ustawić ostrości. Jednakże uwiecznienie pewnych detali zwierząt było możliwe jedynie przy zastosowaniu bardzo dużego przybliżenia. Obcowanie z nieskazitelną przyrodą, uważanie aby nie nadepnąć na ścieżce wytyczonej dla turystów legwana, lwa morskiego, albatrosa czy głuptaka wysiadującego jajo było całkowicie nowym doświadczeniem, sprawiającym mi niesamowicie dużo uciechy. Obserwowanie wspólnej pokojowej egzystencji przeróżnych gatunków zwierząt obok siebie i uczestniczenie w charakterze bliskiego obserwatora w rytuałach godowych głuptaków niebieskonogich czy fregat przyprawiało o dreszczyk emocji.
Na jednej z wysp archipelagu – Isla Floreana – znajduje się Zatoka Pocztowa, na plaży której stoi beczka pełniąca rolę skrzynki pocztowa, która od XVII wieku służyła piratom i wielorybnikom. Od tego czasu beczkę wielokrotnie wymieniano, aby mogła pełnić wyznaczoną funkcję. Tradycja nakazuje przejrzenie wszystkich przesyłek, które zostały pozostawione i wzięcie tych, w których adresie jest nazwa naszej miejscowości lub cel podróży w celu bezpiecznego przekazania adresatowi. Część przesyłek ma adnotację, aby ich nie ruszać, gdyż osoby, które je napisały chcą osobiście za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat odebrać je w tym samym miejscu. Muszę przyznać, że to bardzo swoista metoda do zdopingowania się do powrotu na Isla Floreana, ale niewątpliwie kultywowana przez niejednego. Najwięcej przesyłek przeznaczonych było do Stanów Zjednoczonych, natomiast do Polski była przeznaczona jedna pocztówka. Bardzo się ucieszyłam, że choć jedna. Nasza koleżanka ją zabrała, aby przekazać adresatowi w Warszawie.
Wyjeżdżając z Ameryki Południowej i opuszczając kulturę andyjską, nasunęła mi się pewna refleksja. Początkowo dziwiło mnie nieco podejście mieszkańców Andów do sprawy śmierci jako naturalnego, kolejnego i na co dzień oczekiwanego etapu szeroko pojętej egzystencji. W glinianych, wiejskich czy małomiasteczkowych chałupach na ołtarzykach ustawione były czaszki przodków, którzy dbają o pomyślność ogniska domowego. Na podłogach biegają świnki morskie, które stanowią źródło mięsa dla całej rodziny i jednocześnie są wyznacznikiem dobrych, bądź złych zamiarów gości odwiedzających mieszkańców. Dla przybysza z Europy nieco odmienny i może nawet niezrozumiały na pierwszy rzut oka wydaje się być „zegar” stosowany przez mieszkańców, który odmierzany jest przez pory roku i karnawał, stanowiący największe święto, na które się przygotowuje przez cały rok. Życie toczy się od karnawału do karnawału, który urzeka przepychem barwnych strojów, ognistych tańców i ogólnej wesołości. Gromadzenie nadmiaru dóbr doczesnych nie jest priorytetem życia mieszkańców. Nieco to odmienne, może nawet dziwne dla nas, skażonych kulturą i pędem zachodu, podejście. Jednakże po pewnej zadumie, może warto zatrzymać się, podelektować sytuacją tu i teraz. Może warto zaczerpnąć z kultury andyjskiej pewne elementy służące udoskonaleniu naszego, nadwyrężanego cywilizacją dnia codziennego, stanu psychoemocjonalnego… według mnie na pewno warto, do czego Państwa gorąco zachęcam!
Podpisy pod zdjęcia
Fot. 4.
