maj 2013, nr 81/59 online
Ljublana, czyli umiłowana.
Czy stolica państwa może być prowincjonalna i czy to słowo może mieć pozytywny wydźwięk? Dla osób ceniących ustronne miejsca, żyjące własnym życiem, nie poddające się ogólnym trendom Lublana, stolica Słowenii może okazać się pozytywnie prowincjonalnym miasteczkiem. Co zatem może sprowadzać nas do Lublany? W przeciwieństwie do cukierkowej Pragi, Budapesztu pachnącego orientem czy Wiednia pozostającego nieodmiennie w wirze straussowskich walców –Lublana nawet nie stara się niczym imponować i stawać w konkury z wielkimi stolicami Europy. Lublana jest po prostu sobą i każdemu kto do niej przyjedzie może powiedzieć: to jestem ja, nie mam nic do ukrycia, poznajesz mnie taką jaką jestem, bez względu na to czy jesteś mieszkańcem czy turystą…
A więc zaczynamy dzień w Lublanie! Budzikom daliśmy wolne, zresztą nie tylko budzikom -wszystkie odmierzacze czasu mają wolne. Ale warto w końcu się zbudzić, zwłaszcza jeśli w lodówce czeka słoweńska deska serów, a brzoskwinie, winogrona i melon też długo nie pozwolą na siebie czekać, za to jak dobrze komponują się z serami! A jeszcze figi… Słoweńcy mogą już w sierpniu pochwalić się własnymi figami. Potrzebne jeszcze świeże pieczywo, ale i z tym nie ma problemu. Na każdej niemal uliczce znajdzie się piekarnia. Brakuje dużych marketów. Kto by się jednak tym przejmował, jeśli w samym środku miasta od rana można kupić świeże owoce, warzywa. W tym mnóstwo sałat różnego gatunku, a do tego jeszcze pęczki przypraw: bazylia, rozmaryn, szałwia, lebiodka, które pani sprzedająca dorzuca już gratis, nie przyjmując zapłaty bo akurat nie ma drobnych. Po śniadaniu można wybrać się na górę zamkową. Oj przyda się taki spacer – sery, których degustację trudno było zakończyć, mogłyby nam się później odwdzięczyć, gdybyśmy zdecydowali się na sjestę. Lecz nie ma czego żałować. Wyprawa na zamek to sama przyjemność i nawet upał nie straszny. Idziemy asfaltową aleją zacienioną drzewami i przez długi czas mamy wrażenie, że jesteśmy w dzikim lesie. Aż w końcu pojawia się plac zamkowy, a stamtąd rozległy widok na całe miasto. Ale nie tylko. W oddali widać także ostre szczyty Alp juliańskich. A góry i wszystkie bogactwa przyrody to największa chluba Słoweńców. Na szlakach spotkać można nie tylko młodzież, ale także malutkie dzieci i staruszków, którzy bez problemów pokonują 2000 metrów wysokości. Tymczasem jednak jesteśmy w Lublanie, wyprawa w Alpy musi jeszcze poczekać. Za to możemy wybrać się do kawiarni, którą już namierzyliśmy z góry. Schodzimy. Tym razem już nie lasem, lecz malowniczymi uliczkami pokrytymi brukiem. Zaglądamy do uroczych ogródków należących do kolorowych domów i kamienic. Przed jednym domem nawet pozostawiony jest kosz z winogronami z przyczepioną karteczką: prosim uziwati! Nie odmawiamy, tylko nie ma komu podziękować. Wiec pozostajemy z wdzięcznością dla Lublany i jej mieszkańców.
A tymczasem kawiarnie. Jeszcze w miarę puste, można wybierać stoliki, bo wieczorem, a właściwie niemal przez całą noc trzeba już rezerwować, jeżeli ma się ulubiony. Więc korzystajmy zanim Słoweńcy wezmą je w swoje posiadanie. A te najlepsze są nad Lublanicą – chyba najprzyjemniejszą rzeką ze wszystkich nam znanych. Zamiast kawiarni lądowej można wybrać tę na barce albo po prostu usiąść nad brzegiem z własnym napojem. Jeszcze mamy do wyboru leżaki i po dokonaniu wpisu w pamiątkowej książce, możliwość skorzystania z biblioteczki na wolnym powietrzu. Druga taka nadarza się w ogrodzie botanicznym. Trudno zdecydować się na miejsce. Ale ponieważ nie mamy zegarków możemy posiedzieć w każdym z tych miejsc po trochu! I tak to niespiesznie wędrując uliczkami, przesiadując w kawiarniach lub nad Lublanicą, mija nam dzień. Ale dla Słoweńców dzień to nie koniec. Ba! To dopiero początek. Czy małe dzieci nie powinny chodzić spać po dobranocce? Nie w Lublanie! Bez względu na wiek, wszyscy członkowie rodziny chcą poznać co mają do zaoferowania kawiarnie i restauracje. Dla chętnych kilka uliczek dalej możliwość posłuchania koncertu jazzowego lub przejażdżka łódką. W wersji „romantic” – butelka szampana uprzyjemnia nocne widoki miasta. A wszystko to bez nadmiernych emocji, nachalności i przekrzykiwania. Lublana jest po prostu sobą i w pełni zasługuje na swoją nazwę: Umiłowana, Ukochana!
Joanna Typek i Maciej Bilek