Apteka była, jest i będzie. Ja płacę i rozkazuję…

listopad 2010, nr 51/29 online
 
 

CZĘŚĆ JEDENASTA

JA PŁACĘ I ROZKAZUJĘ…

 
   Tym razem Czytelnikom „Aptekarza Polskiego” chciałbym pokazać kolejny, wyjątkowy aspekt przeszłości naszego zawodu. Dotyczy on problemu dominującego niegdyś na łamach czasopism farmaceutycznych, a obecnie niemal całkowicie zapomnianego! Mam na myśli napięte stosunki pomiędzy właścicielami aptek, a ich pracownikami. Podłoże tych konfliktów tkwiło nierzadko w krzywdzącym traktowaniu pracowników przez przełożonych, złych warunkach pracy i zbyt niskich zarobkach.
 
 
   W Polsce południowej, znajdującej się pod stosunkowo liberalnym zaborem austriackim, walkę o prawa farmaceutów -pracowników rozpoczęło Galicyjskie Towarzystwo Farmaceutyczne „Unitas”, działające od 1892 roku w Krakowie. A było o co walczyć: do tej pory farmaceuta-pracownik pozostawał w aptece tak długo, jak długo kazał mu przełożony. Zazwyczaj praca trwała 10-12 godzin dziennie, przez cały tydzień, bez względu na to, czy była to niedziela, czy też święta! Urlopów udzielano rzadko i tylko w wyjątkowych sytuacjach. Dziś aż trudno sobie to wszystko wyobrazić!
   Apogeum działalności „Unitasu” był słynny strajk farmaceutów-pracowników w roku 1902. Pracownicy, ostrym piórem redaktorów „Kroniki Farmaceutycznej”, organu prasowego Towarzystwa „Unitas”, grozili, że w wypadku odmowy spełnienia ich postulatów gotowi są uciec się do środka radykalnego, masowego wypowiedzenia posad. Strajk, po trudnych rozmowach z przedstawicielami c.k. Namiestnictwa oraz właścicielami aptek, zrzeszonymi w Gremium Galicji Wschodniej i Zachodniej, zakończył się sukcesem i podpisaniem ugody zbiorowej. Umowa precyzowała nowy wymiar płac dla magistrów farmacji. Ponadto efektem strajku było zagwarantowanie pracownikom prawa do 14-dniowego urlopu w ciągu roku i dodatków pracowniczych.

*kliknij, aby powiększyć
Ilustracja 1
Świadectwo wyjątkowej życzliwości i kultury pracodawcy: poświadczenie odbycia praktyki w prowincjonalnej aptece w Szczawnicy.
Dokument ze zbiorów Muzeum Farmacji UJ.

   W tym samym mniej więcej czasie o swe prawa upomnieli się pracownicy aptek w zaborze rosyjskim. W listopadzie 1906 roku, w Warszawie, zastrajkowała niższa służba apteczna. Jak relacjonowało galicyjskie „Czasopismo Towarzystwa Aptekarskiego” wszelkie rokowania nie doprowadziły do skutku i strejk, zaostrza się coraz bardziej. Organizatorzy strajku posuwali się do ostateczności: strejk dotąd spokojny zmienił charakter. Od wczesnego rana zaczęły obchodzić niektóre apteki bandy agitatorów i ówdzie rozpędzać wszystkich pracowników z bronią w ręku, ówdzie namawiać do strejku, zapowiadając w razie nieusłuchania wizytę z bronią.
   Warto dodać, że ten bardzo głęboki antagonizm miał miejsce także i na prowincji. Relacje pracodawca – pracownik w aptekach tych były nacechowane stosunkiem patriarchalnym. W roku 1908 wspomniana powyżej „Kronika Farmaceutyczna” ostro piętnowała niestosowne zachowania właściciela jednej z aptek prowincjonalnych, magistra Antoniego Gebauera. W notce prasowej pt. „Postępowy aptekarz” pisano: donoszą nam z Żywca, że aptekarz tamtejszy Gebauer zmusza swych współpracowników do szynkowania wody sodowej na szklanki, a na przedstawienia czynione mu z tego powodu, odpowiada: "Teraz jest magistrów pełno jak psów, ja płacę i rozkazuję, więc magister za pieniądze musi zrobić wszystko". Przykry obowiązek nakazuje nam podać te słowa (…) do publicznej wiadomości, czynimy to jednak z rumieńcem wstydu, nie spodziewaliśmy się bowiem nigdy, by mógł się znaleść aptekarz zdradzający tak szynkowniane wychowanie.
   W okresie międzywojennym punkt ciężkości działalności wszystkich organizacji i stowarzyszeń zawodowych dawnych zaborów zogniskował się w stolicy, w Warszawie. W roku 1919 powstał tymczasowy „Związek Zawodowy współpracowników aptekarskich Rzeczypospolitej Polskiej”, przekształcony wkrótce w Związek Zawodowy Farmaceutów Pracowników w Rzeczypospolitej Polskiej. Celem jego była walka o poprawę warunków pracy w aptekach i ustawodawstwo ochronne, gwarantujące pracownikom ubezpieczenia na wypadek choroby, nieszczęśliwych wypadków, niezdolności do pracy, a nawet starości czy bezrobocia. Z właścicielami aptek danego miasta lub regionu podpisywano umowy zbiorowe, gwarantujące minimalne płace miesięczne, warunki pełnienia dyżurów nocnych, korzystania z płatnych urlopów, wprowadzenie przerwy obiadowej, spoczynku niedzielnego i świątecznego, ograniczenia czasu otwarcia aptek… Nadal, w razie potrzeby, uciekano się do strajków, mających nierzadko dramatyczny przebieg. Bezpardonowa walka pomiędzy pracownikami i pracodawcami przenosiła się także na łamy dwóch czasopism farmaceutycznych: czasopisma Związku Zawodowego, czyli przeniesionej do Warszawy „Kroniki Farmaceutycznej” oraz „Wiadomości Farmaceutycznych” – organu prasowego Polskiego Powszechnego Towarzystwa Farmaceutycznego, zrzeszającego właścicieli aptek. W nienawiści do strony przeciwnej nikt nie pozostawał w tyle…

Ilustracja 2
Pracownicy apteki „Pod Białym Orłem” w Nowym Sączu, lata trzydzieste XX wieku.
Już na pierwszy rzut oka widać harmonię panującą w tym zespole.
Ze zbiorów Adama Gutowskiego.

   Związek Zawodowy Farmaceutów Pracowników w pierwszej dekadzie niepodległości umocnił swą pozycję i stał się jedyną reprezentacją farmaceutów-pracowników. Z inicjatywy Zarządu Głównego powstawały kolejne oddziały terenowe, które stawiały sobie za zadanie szerzenie pośród członków oświaty zawodowej, propagowanie czytelnictwa, urządzanie odczytów, wykładów, kursów, wspólnych wycieczek. Czuwano także, aby pośród pracowników aptek panowały zgodne, etyczne stosunki, starano się rozwijać życie towarzyskie… Na pierwszy plan działalności Związku wysuwała się jednak coraz ostrzejsza retoryka władz, które negatywne aspekty relacji „pracodawca-pracownik” wyolbrzymiały do monstrualnych wręcz rozmiarów. Łamy „Kroniki Farmaceutycznej” wykorzystywane były do rozgrywek personalnych i ostrej w swym tonie propagandy. Nie zważano na osiągnięcia ustawodawcze młodego państwa polskiego, wychodzące naprzeciw oczekiwaniom pracownikom.  Bardzo szybko wychwyciła to redakcja postępowej „Farmacji Współczesnej”, piętnując tak poszczególne artykuły, jak i ogólnie – całą filozofię Związku.
   W roku 1935 redaktor naczelny „Farmacji Współczesnej” – magister Antoni Ossowski pisał: klasowy podział Zawodu przeżył się, i wszelkie biadania na ten temat wyzysku szlachetnego pracownika przez zbrodniczego właściciela apteki wzbudzają dziś tylko uśmiech politowania, jako rzeczy przestarzałe. Ossowski dodawał, że nie mogą tego zrozumieć (…) przywódcy Związku. Usiłują oni sztucznie podtrzymać samopoczucie proletarjackie swoich członków przez podbijanie bębenka w „Kronice Farmaceutycznej” i w brukowej prasie codziennej. Ossowski z satysfakcją odnotował decyzję Warszawskiego Towarzystwa Farmaceutycznego o wprowadzeniu norm minimalnych płac i stwierdzał, że śmiertelny cios (…) wierze proletariackiej Związku, zadałoby wprowadzenie 25% podwyżki płac dla pracowników aptek.
   Warto zaznaczyć, że Ossowski sam piętnował tych właścicieli aptek, dla których jedynym bożkiem była mamona, ale nie chciał jednocześnie, aby oskarżenia te były wypowiadane wyłącznie dla zasady, bez podania konkretnych przykładów. Głosił, że zawód powinien mówić jednym, stanowczym i twórczym głosem. Potępiać należało wszystkie przewinienia wobec tak bardzo sponiewieranego aptekarstwa i jednocześnie wznieść się ponad wzajemne animozje pracodawców i pracowników! Ossowski zarzucał związkowcom, że za upadek aptekarstwa odpowiadają w tym samym stopniu, co ich pracodawcy: aptekarz kręci bat, a pracownik mu trzyma. Jak ukręcą, dostaną obydwaj i słusznie – pisał. Zdaniem Ossowskiego to przecież pracownik sprzedaje leki z opustami, leki o  wątpliwym działaniu i niestarannie wykonane!
   Opisany powyżej konflikt, jątrzący zawód, spowodował, że władze państwowe nie chciały, a wręcz nie mogły podjąć żadnej konkretnej inicjatywy ustawodawczej, zmierzającej do naprawy polskiego aptekarstwa… Nie pierwszy i nie ostatni raz partykularne interesy tryumfowały nad dobrem polskiego aptekarstwa!

dr n. farm. Maciej Bilek

Podobne wpisy