Leki nie w aptece

wrzesień 2010, nr 49/27 online
 
 

CZĘŚĆ DZIEWIĄTA

LEKI NIE W APTECE

 
    Narzekamy na coraz to liczniejsze miejsca, w których prowadzona jest sprzedaż leków. Stacje benzynowe, kioski, hipermarkety, sklepy spożywcze… Wszędzie tam zakupić można małe opakowania leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych, tabletek na gardło, witamin. Czytelników „Aptekarza Polskiego” chciałbym jednak pocieszyć: kiedyś było… znacznie gorzej! Aptekarze walczyli z wyposażonymi w większość leków drogeriami i składami aptecznymi, działającymi w pełnym majestacie prawa i sprzedającymi określone leki, wymienione w odpowiednich wykazach rządowych. Co gorsza – leki można było kupić także w mydlarniach, składach kolonialnych i sklepach korzennych, tu jednak już nielegalnie.
 
 
 

Ilustracja 1

   Magister… prawa Sławomir Karwacki w swej wzorowo prowadzonej drogerii „Pod Aniołem” w Myślenicach. Jako potomek wielopokoleniowego farmaceutycznego rodu „aptekarstwo miał we krwi”, jednak z racji swego zawodu nie mógł posiadać własnej apteki. Jego drogeria i „skład materiałów aptecznych” słynęły z fachowych porad i doskonałego zaopatrzenia. Nigdy też nie doszło do konfliktu Sławomira Karwackiego z myślenickim aptekarzem – magistrem Tadeuszem Skowrońskim. Zdjęcie ze zbiorów rodzinnych.

   Problem drogerii pojawił się już pod koniec XIX wieku. W roku 1906 redakcja „Czasopisma Towarzystwa Aptekarskiego” pisała: już w roku zeszłym podnosiliśmy szkody, jakie aptekarzom naszym wyrządzają droguerye swą nieuczciwą konkurencją, będące właściwie pokątnemi, źle urządzonemi i nieodpowiedzialnymi aptekami, w których każdy, za receptą a nawet bez recepty, wszelkiego rodzaju leki, nawet morfiny do wstrzykiwań podskórnych dostać może. Mimo to nowe droguerye uzyskują koncesye, nawet wbrew opinii dotyczących fizykatów. Gdyby przynajmniej droguerye te były należycie kontrolowane, a bezprawne wydawanie leków należycie karane. Niestety, pomimo powszechnej wiedzy, że w drogeriach niektóre leki są ekspediowane w sposób nielegalny, w całym 1905 roku redakcja „Czasopisma Towarzystwa Aptekarskiego” naliczyła zaledwie jeden jedyny przypadek ukarania droguisty za niedozwoloną sprzedaż leków.
   Prawdziwa batalia z właścicielami drogerii rozpętała się w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Prym wiódł w niej redaktor „Wiadomości Farmaceutycznych”, magister Franciszek Herod, piętnujący zajadle w swym tygodniku, czytanym głównie przez właścicieli aptek, kolejne przypadki nielegalnej sprzedaży leków w drogeriach. Bezustannie procesował się z organizacjami drogistowskimi i znienawidzonym czasopismem „Trybuna Drogistowska”, które – istotnie – dopuszczało się skandalicznych zniewag aptekarstwa i aptekarzy. Magister Herod całe zło ówczesnej farmacji i jej postępujący upadek postrzegał właśnie w pokątnym handlu preparatami leczniczymi – w drogeriach, składach aptecznych, sklepach kolonialnych, mydlarniach, zakładach perfumeryjnych, kółkach rolniczych, sklepach z farbami i punktami rozdawnictwa leków ubezpieczalni społecznych… W relacjach magistra Heroda drogista był niezmiennie handlarzem morfiną i kokainą, właściciel składu aptecznego nie wahał się szczuć psami inspektora farmaceutycznego, a sprzedawczyni w sklepie korzennym pokątnie wykonywała leki zapisane na recepcie! Mało tego: cotygodniowy targ w małym miasteczku był okazją do nielegalnego handlu podrobionymi, szkodliwymi lekami, a próby aresztowania sprzedawców, inicjowane zwykle przez aptekarza, spełzały na niczym… Niestety – wszystko to była prawda! Przedwojenna apteka była wręcz oblężona przez konkurencję legalną, walcząc jednocześnie z bezpardonowym zachowaniem podejrzanych znachorów, sprzedających nierzadko śmiertelnie niebezpieczne leki.

Ilustracja 2

   Notatki magistra farmacji Stanisława Manowardy, właściciela drogerii w Złoczowie, a następnie w podkrakowskich Czyżynach. Placówki te słynęły ze znakomitego zaopatrzenia i niezwykle szerokiego asortymentu produktów. Ze zbiorów autora.

   Oczywiście na temat sprzedaży leków poza aptekami nie pozostali obojętni redaktorzy „Farmacji Współczesnej”, patrzący na całą sprawę z właściwą sobie przenikliwością. Czasopismo to bowiem, w przeciwieństwie do „Wiadomości Farmaceutycznych”, sprzedaż leków poza aptekami rozpatrywało nie z punktu widzenia konkurencji, ale zagrożenia dla zdrowia i życia pacjentów, o które aptekarz powinien dbać na wszystkich frontach. W artykule redakcyjnym z roku 1939 pisano wprost: rozpanoszeniu się drogerii i składów aptecznych winne są same apteki, które na własne życzenie upodobniły się do marnych sklepów, nie odróżniających się od najprymitywniejszej drogerii. Apelowano więc, aby aptekarze podkreślali profesjonalizm i fachowość swych placówek, wydając leki w odpowiedniej formie i szacie zewnętrznej, nie szczędząc etykiet „zmieszać przed użyciem”, czy „przechowywać w chłodnym miejscu”. Prawdziwa apteka powinna używać także papieru propagandowego, opatrzonego napisami tylko apteka daje gwarancję dobroci leku, w który owijane mogą być sprzedawane specyfiki. Na tej właśnie „pozytywistycznej” zasadzie redakcja „Farmacji Współczesnej” w artykule „Leki nie w aptece” z roku 1937 sugerowała, że tylko w aptekach tran sprzedawany jest w butelkach ze szkła oranżowego i znajduje się w miejscu przyciemnionym, podczas gdy w byle mydlarni jest on przechowywany w przezroczystym szkle, eksponowanym na nasłonecznionej wystawie! W wiedzy i wykształceniu farmaceuty powinna więc leżeć przewaga apteki nad wszelkimi innymi placówkami. W roku 1934 apelowano wręcz do aptekarzy, że jednym z pierwszych obowiązków obywatelskich farmaceuty jest nie dać truć ludności i zwalczać pokątne lecznictwo. Służyć temu powinny apteczne laboratoria analityczne, których jednak aptekarze nie chcieli zakładać, ze względu na niską rentowność, tymczasem: sklepik sprzedaje pięcioprocentową jodynę na denaturacie, aptekarz lamentuje, że dzieje mu się krzywda, bo zatarła się różnica między aptekarzem a mydlarzem czy drogistą.
   Międzywojenne aptekarstwo, dzięki wyjątkowej konsolidacji w walce ze sprzedażą leków poza aptekami, odnosiło znaczące sukcesy. Po interwencjach u czynników rządowych mnożyły się masowe kontrole. Drogerie i składy apteczne były regularnie wizytowane przez inspektorów farmaceutycznych, zaś mydlarnie, perfumerie i sklepy kolonialne – przez policję i władze sanitarne. Do surowej odpowiedzialności karnej (aresztu i grzywny) pociągano nie tylko sprzedających, ale także hurtowników, którzy dostarczali leki w miejsca nielegalnego handlu.

 

dr n. farm. Maciej Bilek

 

Podobne wpisy