09.2010 – „Cudowne kropelki od Spiessa.”

   „Pani Spiessowa zaprosiła mnie z Halą [córeczką] na obiad. Poszłam więc o umówionej godzinie do wybornie urządzonego mieszkania w Alei Róż gdzie przyjęła nas sama pani Spiessowa, gdyż mąż był nieobecny. Zaraz na wstępie oznajmiłam pani Spiessowej, że nie będę nic jeść, bo jestem chora. Ale pani Spiessowa dała mi jakieś krople do wypicia, krople cudowne i wypróbowane: Słowo honoru ci daję – powiedziała – że po zażyciu tych kropli możesz jeść absolutnie wszystko i nic ci nie zaszkodzi. Zawierzyłam jej słowom i nie zawiodłam się. Do wieczora miałam spokój z żołądkiem zaburzenie się skończyło”.
Takie wspomnienie pozostawiła po sobie żona jednego z dyrektorów Przemysłowo – Handlowych Zakładów Chemicznych Ludwik Spiess i syn. Opisane wydarzenie miało miejsce na początku okupacji Warszawy, w czasie II wojny światowej, kiedy codziennością stały się problemy ze zdobyciem artykułów spożywczych i każda możliwość zjedzenia pełnowartościowego posiłku była wyjątkowa. Należy przypuszczać, że proszony obiad u państwa Spiessów był wydarzeniem kulinarnym zwłaszcza w tych trudnych czasach, a zaoferowane przez panią domu kropelki stanowiły z pewnością efekt pracy chemików i farmaceutów zatrudnionych w fabryce męża.
Zakłady Chemiczne Ludwik Spiess i syn były jednymi z największych fabryk chemicznych w przedwojennej Polsce. Ich początki sięgały składów aptecznych i apteki stanowiącej własność rodziny. W 1844 r. w Warszawie przy ulicy Koziej otwarto aptekę pod nazwą „Spiess i Rakoczy”, której współwłaścicielem był Polak pruskiego pochodzenia Henryk Bogumir Spiess. Ten niezwykle przedsiębiorczy człowiek wkrótce zaangażował się w inne projekty związane z szeroko rozumianym przetwórstwem spożywczym – jak fabryka ostów i farmacją – jak Instytut Wód Mineralnych w Ogrodzie Krasińskich. Rodzinną tradycję kontynuował Ludwik Henryk, który jeszcze przed wybuchem I wojny światowej był właścicielem kilku składów apteczny umiejscowionych w doskonałych punktach Warszawy przy ul. Senatorskiej, Marszałkowskiej i Miodowej oraz  fabryki chemicznej w Tarchominie (osada Piekiełko) produkującej octy, farby, lakiery, a także artykuły chemiczne, farmaceutyczne i nawozy sztuczne.
Z czasem w zakładach tarchomińskich produkowano wyłącznie artykuły chemiczne i farmaceutyczne, jak preparaty galenowe m.in. nalewki i wyciągi ziołowe, plastry lecznicze, oczyszczano rtęć, rektyfikowano spirytus do celów leczniczych. Wytwarzano preparaty chemiczne, gotowe specyfiki na licencjach francuskich oraz wyroby kosmetyczne i perfumeryjne. Regularnie podejmowano produkcję nowych związków chemicznych i specyfików na podstawie własnych patentów, w tym preparatów inozytofosforowych z polskich surowców, według własnej metody opracowanej przez Stefana Otolskiego. Przed wybuchem II wojny światowej w fabryce pracowało blisko 900 osób, a do produkcji zużywano między innymi około 6000 kg ziół, 882000 l. spirytusu, ponad 18 000 kg cukru i 2 000 kg benzyny ekstrakcyjnej.
Po wybuchu II wojny światowej fabryka pracowała właściwym sobie cyklem do 7 września 1939 r., później produkcję zawieszono i przystąpiono do pakowania gotowych produktów. Cały czas kompletowano apteczki pierwszej pomocy, wysyłając je do Warszawy oraz na bieżąco wydawano zamówione wcześniej leki i benzynę dla potrzebujących. Jedyne zniszczenia spowodowały dwie bomby samolotowe, które spadły tuż koło fabryki wywołując większy efekt grozy niż straty.
Czas okupacji również początkowo oszczędził fabrykę, choć i tu jak we wszystkich większych przedsiębiorstwach nie obeszło się bez wprowadzenia nadzoru niemieckich urzędników. Fabryka została powiązana z berlińską firmą farmaceutyczną „Knoll A.G.”, co zresztą nie uchroniło jej od mniejszych i większych kradzieży popełnianych przez okupantów. Przejmowali oni nieodpłatnie zarówno gotowe preparaty jak i surowce, najczęściej spirytus. Wśród polskich pracowników krążyła historia pewnego niemieckiego oficera, który ukradłszy spirytus napełnił nim dwie butelki i postanowił przesłać je kolegom. Podpatrzyli to niżsi rangą żołnierze i spirytus wypili, a butelki napełnili wodą. Te zostały następnie przesłane potencjalnym odbiorcom, którzy po degustacji zawartości śmiertelnie obrazili się na darczyńcę.
Właściciele fabryki starali się dbać o pracowników m.in. zapewniając im posiłki regeneracyjne, często stanowiące podstawę ich całodziennego wyżywienia. Intencje dyrekcji nie zawsze były właściwie odbierane przez robotników. Pięciokilowy przydział kaszanki i dwukilowy przydział salami, doprowadziły do wybuchu strajku. Pracownicy zamierzali zabrać deputaty do domów by podzielić się z rodzinami, ale dyrektorzy zdecydowali o przejęciu wędliny na potrzeby stołówki prowadzonej przez fabrykę. Zatarg doprowadził do niebezpiecznej w konsekwencji ingerencji Niemców, którzy jednak po rozmowie ze zwaśnionymi stronami zdecydowali o wydaniu kaszanki robotnikom, co zakończyło sprawę.
W noc wigilijną 1941 r. w Piekiełku wybuchł groźny pożar wywołany samozapaleniem się surowców. Podziemne magazyny zapobiegły rozprzestrzenieniu się ognia i uchroniły fabrykę od całkowitego zniszczenia, jednak mieszkańcy okolic ze strachem obserwowali wielką łunę i nasłuchiwali huku eksplodujących materiałów. Do gaszenia pożaru stawiła się miejscowa straż pożarna, personel fabryczny oraz cztery oddziały warszawskiej straży. Wszystko to było powodem, że zdarzeniem zainteresowali się także stacjonujący w okolicy Niemcy. Jako pierwszy zjawił się żerański major lotnictwa z dwoma żołnierzami. Prawdopodobnie pijany oficer przekleństwami i biciem próbował zmobilizować zgromadzonych ludzi do aktywniejszych działań. Niezadowolony z osiągniętych efektów postanowił zaaresztować całą grupę strażaków, w tym także przywódcę straży pożarnej i mechanika fabryki. Ten, chcąc jak najszybciej wrócić do przerwanych przymusowo zajęć, polegających na zabezpieczaniu terenu i gaszeniu ognia, uciekł przy pierwszej możliwości. Do żerańskiej ekipy dołączyło wkrótce dziesięciu niemieckich żandarmów, którzy przejęli się sytuacją na tyle, że kazali przynieść sobie alkohol. Otrzymawszy naprędce zorganizowany poczęstunek, wykazali się zdrowym myśleniem i spowodowali uwolnienie aresztowanych przez majora strażaków, twierdząc, że nie było powodu do ich zatrzymania. Pożar szczęśliwie ugaszono i fabryka po raz kolejny podjęła pracę.
Wiosną 1944  r. fabryka obrabowana została po raz kolejny, ale tym razem najścia dokonali żołnierze Armii Krajowej. Akcja była doskonale zaplanowana. Żołnierze przyjechali dwoma samochodami, a po zgromadzeniu większych ilości morfiny, kofeiny, kodeiny i tranu, zapakowali wszystko rekwirując dodatkowo dwa auta Spiessa, które naprędce przemalowano. Łącznie z fabryki wyprowadzono cztery furgonetki pełne leków, co razem z wywiezionym kilka dni wcześniej olbrzymim zapasem spirytusu, stanowiło być może podstawę zaopatrzenia warszawskich szpitali powstańczych. Produkcja fabryki Spiessa cieszyła się jak widać ogólnym zainteresowaniem, a jakość wytwarzanych leków była szeroko znana.
Zakłady, które do 17 stycznia 1945 r. znajdowały się przez dwanaście tygodni na linii frontu i znacznie przez to ucierpiały, po zakończeniu wojny zostały upaństwowione i działają do dziś jako Zakłady Farmaceutyczne Polfa Tarchomin S.A. Szkoda, że historii Zakładu nie poświęcono odrębnej monografii, a nazwa cudownego leku na żołądek nie została utrwalona we wspomnieniach, bo wydane mu świadectwo wydaje się być niezwykle obiecujące.

Anita Chodkowska
Muzeum Farmacji im. mgr Antoniny Leśniewskiej
Oddział Muzeum Historycznego m.st. Warszawy

Podobne wpisy