Przedmioty szarlateneryi leczniczej

sierpień 2010, nr 48/26 online
 
 

CZĘŚĆ ÓSMA

PRZEDMIOTY SZARLATENERYI LECZNICZEJ

  

   Kolejnym, po rabatach i nadmiernej biurokracji, problemem dawnych aptekarzy były bezwartościowe leki. Farmaceuci za punkt honoru stawiali sobie sprzedawanie pacjentom wyłącznie sprawdzonych, skutecznych leków, najlepiej wykonanych od początku do końca w aptece. Żywym był pogląd, że apteka jest miejscem zaufania publicznego, w którym żadna pomyłka, ani nadużycie zaufania pacjenta zdarzyć się nie może! Dlatego właśnie tak zaciekle walczono z panoszącymi się od końca XIX wieku tzw. „osobliwkami” lub „specyfikami”, czyli lekami wytwarzanymi przez przemysł chemiczny i farmaceutyczny, intensywnie reklamowanymi w prasie codziennej. Nie muszę dodawać, że leki te, produkowane w majestacie prawa, były najczęściej wytworem chęci zysku. Można by powiedzieć, że ówczesne „osobliwki” są odpowiednikiem dzisiejszych suplementów diety i wielu (choć nie wszystkich!) preparatów ziołowych, których działanie nie opiera się na żadnych naukowych przesłankach, a sprzedaż w aptece pozostawia pod względem etycznym wiele do życzenia…
 

Ilustracja 1

   Okładka katalogu reklamującego „ziółka Puhlmann'a” pt. „Czy choroby płucne są uleczalne?” z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Ziółka te miały jakoby zwalczać WSZYSTKIE choroby płucne, począwszy od astmy i sezonowych  infekcji, kończąc na… ostrych stadiach gruźlicy! Ze zbiorów autora.

   Niemal w każdym numerze galicyjskiego „Czasopisma Towarzystwa Aptekarskiego”, ukazywały się ostrzeżenia przed preparatami bezwartościowymi. I tak np. w roku 1904 przekazywano, że kolegium lekarskie w Hamburgu ostrzega przed pasami „Elektro-Vigor”, silnie reklamowanymi, które nie mają żadnej wartości. Rok później komunikowano, że cesarsko-królewskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych we Wiedniu zakazywało sprzedaży (…) środka, tak zwanego „Cozapulver”, (…) zalecanego jako pewny środek przeciw nałogowemu pijaństwu. Po przeprowadzonem badaniu przez komitet farmaceutyczny przy najwyższej radzie zdrowia, okazał się ten cudowny środek, sprzedawany po 12 marek za pudełko, jako zanieczyszczony dwuwęglan sody.
   Redakcja „Czasopisma Towarzystwa Aptekarskiego” z satysfakcją odnotowywała wszelkie inicjatywy, mające na celu walkę z bezwartościowymi lekami, zarówno na terenie cesarstwa austro-węgierskiego, jak i w innych krajach. W roku 1908 donoszono, że przemysł cesarstwa niemieckiego zasypuje apteki nowymi, wszelkiemi godziwemi i mniej godziwemi sposobami reklamowanymi lekami. Dlatego właśnie, aby temu zapobiedz, niesumiennej reklamie koniec położyć, odzywa się w samych niemieckich kołach lekarskich coraz silniej żądanie założenia centralnego urzędu badania nowych przetworów np. przy cesarskim urzędzie zdrowia. W roku 1909 przyklaśnięto także szwedzkiej inicjatywie organizowania dla publiczności „wystaw kurfuszeryi” i „przedmiotów szarlateneryi leczniczej”, oczywiście w imię obrony zdrowia i dobra społeczeństwa. Podobnie chwalono decyzję parlamentu Związku Australijskiego (!), gdzie w roku 1906 przyjęto (…) wniosek następujący: wszelkie patentowane środki lekarskie i specyfiki, środki spożywcze dla dzieci, sztuczne środki spożywcze, oraz wszelkie środki, które bądź w celach farmakologicznych lub chirurgicznych służyć mają usunięciu lub zmniejszeniu cierpień ludzkich, winny być w interesie zdrowia publicznego badane przy wwozie w granice Związku co do swej istoty i wartości; dokładny skład farmaceutyczny lub budowa chemiczna tych preparatów winna wyraźnie figurować na etykiecie lub opakowaniu, a również podane być winny cierpienia przeciw którym artykuły te służyć mają. Niestety wszystkim tym entuzjastycznym relacjom towarzyszyły utyskiwania na „warunki krajowe” i brak odpowiedniej walki z bezwartościowymi lekami.

Ilustracja 2

   Reklama apteki „Pod Szarotką” w Poroninie, zamieszczona w „Gazecie Podhalańskiej” nr 49/1919. Uwagę zwraca reklama specjalnej maści i mydła, które po jednorazowem użyciu zupełenie miały leczyć świerzba i parchy. Oczywiście, biorąc pod uwagę ówczesny asortyment substancji leczniczych, taki preparat nie mógł zadziałać nawet po kilkukrotnym zastosowaniu!

   Niewiele w porównaniu z „galicyjskimi czasami” zmieniło się w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Najwięcej słów potępienia padało na łamach cytowanej już wielokrotnie w „Aptekarzu Polskim” „Farmacji Współczesnej”, której redaktorom nic nie było straszne, nawet potępianie powszechnie stosowanych leków! Najostrzejszy w swoim tonie artykuł pt. „Cudowne leki”, ukazał się w trzecim roku istnienia czasopisma – w marcu 1934 roku. Autor, magister Waszkiewicz, pisał: zawsze znajdzie się jakiś „cudotwórca”, który z tupetem rzuci na rynek „cudowny środek” przy odpowiedniej reklamie. Ukażą się we wszystkich pismach anonse: że niema już choroby nieuleczalnej, lub że przed tą, często nawet, że przed wszystkiemi, uchronisz się jeżeli tylko użyjesz reklamowany cudowny środek. I oczywiście chory pacjent, który utracił nadzieję wyleczenia, bo medycyna oficjalna już została w jego przekonaniu wyczerpana, lub którego leczenie systematyczne i racjonalne, ale powolne zbyt zmęczyło, pragnąc natychmiast wyzdrowieć, chwyta się reklamowanego cudownego środka, za którego pewne działanie gwarantuje sprytnie złożona reklama, powołująca się często na referencje zawrotnej ilości lekarzy. Waszkiewicz nie omieszkał wymienić kilkunastu „cudownych leków”, jak choćby przesłynnego środka „Lukutate”, przygotowywanego jakoby z tajemniczych, indyjskich owoców Duriana oraz Mango sapotilla i papaice, mających dawać spożywającym je papugom i słoniom… stuletnie życie! Cóż się okazało? Preparat ten był po prostu miazgą z jabłek, gruszek i śliwek! Było to oczywiście zwykłe oszustwo, ale nie mniej słynna i cudotwórcza „Sól życia”, powszechnie stosowana przez tysiące naiwnych pacjentów, miała już wyraźnie określony skład: sól kuchenna, proszek do pieczenia ciasta, ziemia okrzemkowa i… czysta siarka. Kolejnym curiosum były cukierki „kominiarczyk gardła”, zapobiegające grypie, kaszlowi, zaziębieniom. Swą popularność zawdzięczały obrazowej i działającej na wyobraźnię chorego reklamie, porównującej… gardło do komina.
   Wymienione powyżej leki – zdaniem cytowanego Waszkiewicza – stosowane mogą być wyłącznie dzięki naiwnej wierze w „cudotwórców” i ich „leki”. Autora oburzało najbardziej, że wiara ta szerzy się nie tylko wśród ludu, ale co dziwniejsze (…) wśród inteligencji oraz ludzi wysoko postawionych w hierarchji społecznej. Jednak nie pomysłodawcy i wytwórcy owych „cudownych leków” powinni wstydzić się najbardziej, a sprzedający je aptekarze, którzy dzięki wszechstronnemu wykształceniu, doskonale zdają sobie sprawę, że wydawany przez nich specyfik jest całkowicie bezwartościowy! Cóż bowiem może kierować aptekarzem, jeżeli nie wyłącznie chęć zysku, zwłaszcza, gdy sam widział pacjentów, którym wcześniej sprzedał „Kominiarczyka gardła”, padających pastwą grypy.

dr n. farm. Maciej Bilek

Podobne wpisy