Sieczka ustawodawcza

CZĘŚĆ SIÓDMA
SIECZKA USTAWODAWCZA
Ilustracja 1Strona tytułowa „Farmakopei Polskiej II”, wydanej w roku 1937.
Ze zbiorów autora.
Prawdziwy biurokratyczny chaos rozpętał się w okresie dwudziestolecia międzywojennego, gdy młode państwo polskie kształtowało dopiero swe struktury administracyjne, a na terenach byłych zaborów obowiązywały nadal przepisy prawa aptekarskiego, stworzone przez zaborców przed kilkudziesięciu laty! Przypadkowi urzędnicy ministerialni zmieniali się równie często, jak sami ministrowie, a ci odwoływani byli przy każdym rozwiązaniu parlamentu, co – jak pamiętamy – następowało często kilka razy w ciągu roku! Nietrudno się więc dziwić, że większość decyzji prawnych pozostawiała wiele do życzenia, a te nieliczne słuszne, jednym aptekarzom się podobały, inni zaś czuli się nimi srodze pokrzywdzeni…
Na zawiłości biurokratyczne reagowała – wyczulona na problemy aptekarstwa – redakcja „Farmacji Współczesnej”. Problemy te były niezliczone: Święty Biurokracy się cieszył, a aptekarz zamiast pracy zawodowej odrabiał kawałki urzędowe, pisała redakcja w 1934 roku. Istotnie: aptekarza obowiązywało prowadzenie księgi narkotyków, księgi eterowej, księgi korespondencji urzędowej, księgi stanu osobowego, księgi spirytusowej, księgi sacharynowej, księgi laboratoryjnej, księgi analiz i księgi trucizn. Redakcja „Farmacji Współczesnej” wyliczała dalej: aptekarz podlegał ostrym wymaganiom i kontrolom inspekcji pracy, funduszu bezrobocia i funduszu pracy, równocześnie płacąc ubezpieczenie od utraty pracy, macierzyństwa i od choroby… Nie mniej ważne było opłacanie dodatków kryzysowych do podatku dochodowego, pożyczki narodowej, ubezpieczenia od chorób zawodowych i wypadków przy pracy. Oczywiście wszystko to ujęte było w wykaz o dwudziestu rubrykach, obliczenia, potrącenia, wypłaty, korespondencja, płachty papieru… Aptekarze przyjmowali tę „Nową plagę farmacji”, jak pisało cytowane powyżej czasopismo, spokojnie. Do czasu.
W roku 1935 czarę goryczy przelały wyniki kontroli aptek warszawskich. Aresztowano (!) dwudziestu czterech aptekarzy, nieposzlakowanych obywateli, którzy w niewłaściwy sposób zrealizowali recepty na środki odurzające. Po wpłaceniu kaucji i przyrzeczeniu, że nie opuszczą Warszawy, farmaceutów zwolniono. Problem opisany został szczegółowo w artykułach „Sieczka ustawodawcza” i „Czego nie wolno, a co wolno?”. O cóż chodziło inspektorom farmaceutycznym? Na niektórych receptach brak było imienia chorego, na innych znowuż – nazwiska, jeszcze inne zakwestionowano z powodu braku dawkowania. Redakcja „Farmacji Współczesnej” pisała, że przecież aptekarz nie jest biegłym w sztuce interpretowania ustaw i zawsze go w tej dziedzinie zdystansuje prokurator, zwłaszcza, że odnośną ustawę interpretuje rozporządzenie wykonawcze, rozporządzenie wykonawcze interpretuje okólnik, a okólnik interpretuje urzędnik. Warto także dodać, że do jednej ustawy zasadniczej było aż 18 rozporządzeń interpretujących! Właśnie z tych wyczynów interpretacyjnych wynikło wystawienie wielkiej armaty oskarżenia tym razem nie na wróble, a na aptekarzy. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że aptekarze ci zostali oskarżeni (…) o przekroczenie ustawy o wykonywaniu praktyki LEKARSKIEJ, wyraźnie, lekarskiej, nie farmaceutycznej. Redaktorzy „Farmacji Współczesnej” wręcz szaleli: skontrolowali swoje własne apteki. Redaktor naczelny, Antoni Ossowski, publicznie przyznał, że na 100 recept na narkotyki 89 wystawionych było źle, a dalszych 11, właściwych pod względem formalnym – ZAPEWNE źle, gdyż jak przypuszczał, miały służyć do zaspokojenia głodu narkotycznego: recepty odpowiadające wszystkim wymaganiom (…) z reguły są (…) albo fałszywe, albo pisane przez lekarza, który z zapisywania narkotyków zrobił sobie proceder. Pod adresem inspektoratu farmaceutycznego i inicjujących opisywane kontrole urzędów do walki z narkomanją, rzucano bardzo ostre słowa, które środowisko aptekarskie przyjmowało zapewne z aplauzem. Redaktor Ossowski, dla podkreślenia absurdalności całej sytuacji, nie zawahał się przytoczyć autentycznego wydarzenia: do apteki wpłynęła recepta na 3 czopki z pantoponem po 0,02 g. Zamiast sposobu użycia napisano „czopki”. Oczywiście skrupulatny aptekarz receptę odrzucił i odesłał chorego pacjenta do lekarza, aby ten uzupełnił sposób użycia. I cóż przeczytał na poprawionej recepcie? W razie bólu wziąć czopek w dwa palce, wsadzić w (…) poczem popchnąć, by nie wypadł. Aptekarz odetchnął, prawu stało się zadość.

Jedna ze stron „Zeszytu eterowego” jednej z małopolskich aptek.
Ze zbiorów autora.
W roku 1938, z nie mniejszą zajadłością, opisywano przypadek kolejnego „bigosu aptekarskiego w sądzie”, a mianowicie procesu steranego życiem aptekarza, który wnet miał obchodzić jubileusz… pięćdziesięciu lat pracy w zawodzie, człowieka o zmęczonej szaro-zielonej twarzy, z czołem poznaczonym napęczniałymi od sklerozy żyłami. Jakież to ciężkie przewiny zaprowadziły go przed sąd? Otóż podsądny w swojej aptece ma niektóre butelki nie zatkane korkiem doszlifowanym, wbrew instrukcji, wydanej przez Naczelnika Kontroli Aptek o urządzeniu aptek. Cóż aptekarz miał na swoją obronę? Po pierwsze – instrukcja, na podstawie której wytoczono mu zarzuty była całkowicie niezgodna z… „Farmakopeą Polską II”, która jako dopuszczalne, uznawała przechowywanie leków w „naczyniach szczelnie zamkniętych”. Po drugie – instrukcja nie brała w ogóle pod uwagę kosztów zakupu naczyń z korkiem doszlifowanym i na dodatek z napisami wypalonymi, które to koszty dla aptek prywatnych, doprowadzonych do zupełnego zubożenia, są wręcz niemożliwe do przyjęcia i grożą bankructwem. Sądzony aptekarz zakończył swe przemówienie w dramatycznym tonie: Ja proszę Wysokiego Sądu, nie mam z czego rodziny utrzymać i dzieci kształcić, a za towar płacę!… akceptami z terminem półtorarocznym. Sędzia poczuł się nieswojo, uznał w ślad za adwokatem bagatelność samej kwestji, przyjął wyjaśnienia biegłego farmaceuty i uniewinnił aptekarza…
„Farmacja Współczesna” przytaczała dziesiątki podobnych przykładów niesprawiedliwego biurokratyzmu. Bo która sytuacja była bardziej absurdalna? Aptekarza, który kupił aptekę z przeterminowanymi liśćmi koka, i który nie mógł ich wyrzucić, gdyż groził mu kryminał, ale nie mógł także ich przechowywać, gdyż za to również groziło więzienie, czy też aptekarza, który zapłacił 74 złote za zgodę na umieszczenie szyldu „Apteka”, zaś za sam szyld 26,50…
