Wspomnienie o doktorze Krzysztofie Kmieciu
Dnia 13 marca 2011, po ciężkiej chorobie, zmarł doktor farmacji Krzysztof Kmieć, adiunkt w Katedrze Farmakognozji Wydziału Farmaceutycznego CM UJ, znany podróżnik, ceniony historyk farmacji, twórca blisko trzech tysięcy ekslibrisów, erudyta, wspaniały nauczyciel akademicki i pedagog.
Doktor Krzysztof Kmieć urodził się w roku 1950 w Cieplicach Śląskich. Liceum ukończył w Tarnowie, zaś studia farmaceutyczne na krakowskiej Akademii Medycznej. Tematyka większości prac naukowych doktora Krzysztofa Kmiecia dotyczyła roślin leczniczych, a szczególnie zaś – ukochanego kasztanowca, któremu poświęcił nie tylko swą pracę doktorską, ale także liczne publikacje, w których omawiał historię leczniczego stosowania tej rośliny, jej znaczenie w sztuce i architekturze.
W ciągu dwudziestu pięciu lat twórczości artystycznej doktor Krzysztof Kmieć swe słynne, cenione na całym świecie ekslibrisy, dedykował farmaceutom, postaciom ze świata kultury, nauki, sportu i mediów. Te małe dzieła sztuki wykonywał głównie w technice linorytu, ale także cynkorytu, ołowiorytu, drzeworytu, akwaforty i plastykorytu. Mieszał także różne techniki graficzne, wykonując ekslibrisy np. w technice cynkotypii kreskowej w połączeniu z papierorytem, wycinanką i collag’em Prezentowane były one na ponad stu wystawach indywidualnych i ponad stu pięćdziesięciu zbiorowych. Stałą wystawę prac doktora Kmiecia oglądać można było w budynku krakowskiego Wydziału Farmaceutycznego przy ulicy Medycznej. Ważniejsze wystawy czasowe odbyły się m.in. w Krakowie, Warszawie, Skale, Zakopanem, Dobrym Mieście, Łodzi, Toruniu, Grudziądzu, Karpaczu, Stargardzie Szczecińskim, Jeleniej Górze, Lublinie, Gliwicach, Legnicy, Chrzanowie, a także zagranicą, m.in. w Szanghaju, Pittsburgu, Kownie, Lipsku, Kioto, Villereal, Reichenbach, Forres.
W ostatnich latach ekslibrisy doktora Krzysztofa Kmiecia moglibyśmy oglądać m.in. w Warszawie („Ludzie, którzy leczą”, 2008), Krakowie („Ekslibris religijny”, 2007), Poznaniu, („Ekslibris przyrodniczy”, 2007), Regetowie („Motyw konia w ekslibrisie”, 2002), Krynicy („Farmacja i Muzyka”, 2008), Lublinie („Rośliny lecznicze w ekslibrisie Krzysztofa Kmiecia”, 2009). Kolejnym wystawom towarzyszyły pięknie wydawane książki i książeczki, w których błyskał swą erudycją. I tak np. w opracowaniu „Motyw konia w ekslibrisie” zebrał i w dowcipnej formie opisał wszystkie dzieła literackie, mity, przysłowia, fakty historyczne, nazwy geograficzne i gatunkowe, nazwiska, dzieła malarskie i architektoniczne, w których można było spotkać motyw konia i pokrewne. Ekslibrisy ukazywał się także w specjalnych tekach, wydawanych w bibliofilskich nakładach (m.in. „Ptaśki”, „Trzynaście malutkich ekslibrisów”, „Motywy zwierzęce w trzynastu monetach antycznych”, „Trzynaście ekslibrisów z ptakami” i „Trzynaście kobiet”). Prace doktora Kmiecia doceniane były m.in. poprzez zamieszczanie ich w licznych, polskich i zagranicznych katalogach ekslibrisów. Znaleźć można je także w czołowych, światowych kolekcjach ekslibrisów. Tematykę ekslibrisu i jednocześnie roślin leczniczych podejmował kilkudziesięcioczęściowy cykl artykułów Krzysztofa Kmiecia, publikowany w czasopiśmie Uniwersytetu Jagiellońskiego „Alma Mater”.
Tworzenie ekslibrisów nie byłą jedyną pasją Doktora. Były nią również podróże i turystyka wysokogórska. Odwiedził większość krajów europejskich, Spitsbergen, wyspę Bali, Peru, Boliwię, Meksyk, Birmę, Indie, Indonezję, Tajlandię, Mongolię, Nepal. Podróże zainspirowały kolejne hobby doktora Kmiecia: przenoszenia na polski grunt wielu egzotycznych potraw. Plonem tej działalności była publikacja książkowa pt. „Farmacja, kuchnia i ekslibrisy”.
Wspominając doktora Krzysztofa Kmiecia jako nie tak jeszcze dawny student, chciałbym podkreślić być może najmniej eksponowane pole jego działalności, a mianowicie codzienną, żmudną działalność jako wykładowcy i pedagoga. Miałem szczęście znaleźć się w grupie, dla której doktor Kmieć prowadził ćwiczenia i seminaria. Zajęcia te były pierwszymi, które mnie tak naprawdę na studiach zainteresowały. Na nich właśnie zrozumiałem, że farmacja, którą studiuję, pełna do tej pory abstrakcyjnych reakcji chemicznych i nie mniej oderwanych od życia wzorów cząsteczkowych, jest aż tak bliska życiu i na tak wielu płaszczyznach przenika się z codziennością.
Każde seminarium, każde ćwiczenia, były dla Doktora okazją do snucia wspaniałych, intrygujących opowieści. Nie było nazwy substancji czynnej, o której nie opowiedziałby nam jakiejś interesującej anegdoty, nie wyjaśnił, skąd wzięła się ta nazwa, z jakiego języka pochodzi… Wykłady o roślinach egzotycznych wzbogacał wspomnieniami ze swych dalekich podróży, w czasie których gatunki te widział w stanie naturalnym. Ale nawet i o pospolitych, krajowych roślinach leczniczych miał coś ciekawego do powiedzenia, a to, że roślina ta wymieniona jest w „Panu Tadeuszu”, a to, że otruła się nią siostra znanego naukowca… W ten właśnie sposób Doktor, odwołując się do naszych zainteresowań podróżami czy historią „podstępnie” wciągał nas w przebogaty, fascynujący świat roślin leczniczych i ziołolecznictwa. Doktor widział zapewne efekty swej pracy u studentów i zainteresowanym osobom służył zawsze długimi konsultacjami już po zajęciach, nigdy nie wykazując zniecierpliwienia, czy tłumacząc się brakiem czasu. Wyróżniających się nagradzał ekslibrisem, zapraszał na długie rozmowy do swego gabinetu, ofiarowywał wreszcie katalogi do swych kolejnych wystaw. Zaczynała się w ten sposób, dla studentów III zaledwie roku, przyjaźń z wykładowcą, wnosząca w monotonne, uczniackie życie ożywczy powiew całkowicie innej filozofii studiów i studiowania. Z kim jeszcze mogliśmy tak radośnie pozdrowić się i zrelacjonować, jak bardzo smakował nam podany kilka dni wcześniej przepis na egzotyczną potrawę? Któż jeszcze poprosiłby swych studentów, aby w czasie dalszych i bliższych podróży wykonywać zdjęcia wszystkich detali architektonicznych, w których występował motyw kasztanowych liści lub kwiatów?
Doktor fascynował nas, studentów, także swą niezależnością i odmiennością: bez telefonu komórkowego, bez własnego samochodu, pędzący z prokocimskiej górki do tramwaju, „podłej postury”, jak sam o sobie mawiał… Jednak właśnie taki, otoczony był atmosferą daleko większej godności i niezwykłości, aniżeli gdyby ubrany był choćby i w rektorską togę! Również wyjątkowo zachowywał się doktor Kmieć już w czasie śmiertelnej, jak się okazało, choroby, gdy często ze szpitala telefonował z entuzjastycznymi informacjami o nowych wystawach i tysięcznych – jak zwykle – pomysłach.
U iluż to osób, już samą opisaną powyżej postawą, zasiał doktor Kmieć miłość do farmacji i jak piękny i obfity plon zbierać będzie ta działalność! Takich właśnie pól obsiał doktor Kmieć w swym – o ileż lat za krótkim! – życiu bardzo wiele. W swych, pięknych samych w sobie, ekslibrisach stworzył panoramę polskiego świata kultury, nauki i sportu na przestrzeni ćwierci wieku. Wielkim szczęściem farmacji i farmaceutów było posiadać w swych szeregach taką wyjątkową osobę. Doktor Kmieć, choć nie związany na co dzień z aptekarstwem, był dla nas wszystkim wspaniałym reprezentantem. Jego odejście jest stratą równie wielką, jak wielką był On osobą. Spokój i wyciszenie, jakie w zniekształconym już niestety głosie słyszałem w czasie naszej ostatniej rozmowy, gdy tuż przed Wigilią Doktor zadzwonił złożyć życzenia świąteczne, dane są przed śmiercią wyłącznie ludziom spełnionym, którzy ścieżkę swego życia wytyczyli w najbardziej ambitny i twórczy sposób.
Nieprzebrane tłumy przyjaciół, studentów i wszystkich tych, którzy chcieli oddać Krzysztofowi Kmieciowi ostatni pokłon uczestniczyły w pogrzebie Doktora na Cmentarzu Rakowickim 18 marca 2011 roku.
Maciej Bilek
