Historia farmacji uczy nas… jakie miejsce jest w aptece najważniejsze

maj 2011, nr 57/35 online
 
Historia farmacji uczy nas…

jakie miejsce jest w aptece najważniejsze

 

      Porównując dzisiejszą aptekę i aptekę sprzed pięćdziesięciu, czy stu lat, po pierwsze uderzą nas powierzchowne zmiany w jej wyglądzie. Jeżeli jednak mielibyśmy niepowtarzalną okazję przyglądnięcia się farmaceucie, krzątającemu się po aptece z początku XX wieku i odnieślibyśmy obserwacje do naszej codziennej pracy zobaczymy drugą, jeszcze wyraźniejszą różnicę. Zmieniło się miejsce, w którym bije serce apteki, w którym koncentruje się jej życie! Niegdyś była to receptura, dziś – jest to izba ekspedycyjna. Z narastającego dysonansu między twórczą działalnością farmaceuty na recepturze, a mechanicznym postępowaniem na ekspedycji, aptekarze zdali sobie sprawę bardzo wcześnie. Odbierające im pracę na recepturze, gotowe, produkowane przez przemysł preparaty farmaceutyczne, przezwali „osobliwkami” i walczyli z nimi wszelkimi możliwymi sposobami, o czym pisałem już na łamach „Aptekarza Polskiego” w artykule pt. „Przedmioty szarlataneryi lecznicznej”.

   Pierwszą, bardzo wyraźną wzmianką o potrzebie ochrony receptury, znajdujemy w prasie farmaceutycznej w roku 1881. W czasie relacjonowanego przez „Czasopismo Towarzystwa Aptekarskiego” posiedzenia „Sekcyi farmaceutycznej III. Zjazdu przyrodników i lekarzy polskich”, które odbywało się 24 lipca 1881 roku, aptekarze dyskutowali nad reformą całej farmacyi, czyli kwestią od tylu lat na porządku dziennym będącą, która nie mogła się doczekać gruntownego przeprowadzenia ze strony rządu, to znaczy przeprowadzenia takiego, któreby wszystkie zastarzałe przepisy i rozporządzenia, tudzież nowsze zmiany w jedną ujęło całość. Według zgromadzonych na posiedzeniu, największym problemem galicyjskiego aptekarstwa początku lat osiemdziesiątych XIX wieku, było uregulowanie sprzedaży leków tak zwanych uniwersalnych, tudzież specyficznych czyli osobliwek tak krajowych jakoteż i zagranicznych. Zebrani na sali aptekarze wyrazili wówczas pogląd, że jedyny godny zaufania lek powinien zostać wykonany od początku do końca w aptece, na recepturze, będącej czystą farmacyą. Ubolewali także, że to właśnie przez osobliwki nimbus, który dawniej medycynę i farmacyją otaczał znikł prawie całkowicie, skutkiem czego – nie tylko publiczność bywa obałamucaną ale i aptekarz przynajmniej w własnych oczach poniżonym, bo wiedząc dobrze o małej lub problematycznej wartości środka, który przez szumną a nierzadko i umiejętną reklamę coraz więcej rozpowszechnionym bywa, sprzedawać go musi chociażby dla uchronienia się od ubytku w zarobku lub zniechęcenia publiczności do swego interesu.

   W pierwszych latach XX wieku, celem formalnej obrony aptekarzy przed „osobliwkami”, powstał w państwie austriackim specjalny „Komitet dla osobliwek”. Jak relacjonowało „Czasopismo Towarzystwa Aptekarskiego” z 1908 roku komitet osobliwek ciągle pracował i rokował z fabrykantami, ale wobec ogromnej ilości odmian osobliwek nie można przewidzieć kiedy praca ta będzie ukończona. Tymczasem problem leków gotowych stawał się dla aptekarzy coraz bardziej palący, gdyż umieszczanie cen [na pudełkach leków gotowych] nieraz nie tylko materyalną ale i moralną szkodę przynosi aptekarzowi, gdyż pomiędzy wykonywanymi na recepturze proszkami diuretynowymi, aspirynowymi, thiokolowymi, a cenami umieszczanymi przez fabrykantów na takich samych tabletkach zdarzały się drastyczne, często kilkukrotne różnice w cenie…

 Ilustracja 1

Profesor Marek Gatty-Kostyal, lata trzydzieste XX wieku. Ze zbiorów Muzeum Farmacji UJ CM.

   Sytuacja ta nie zmieniła się, a wręcz pogorszyła w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Na całe szczęście, znaleźli się farmaceuci, którzy w obronie receptury gotowi byli wołać, choćby i na puszczy. Wieloletni kierownik Katedry i Zakładu Farmacji Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor Marek Gatty-Kostyal (1886-1965), był synem bocheńskiego aptekarza, sam zaś, przed rozpoczęciem pracy naukowej, wiele lat spędził na recepturach kilku aptek Galicji. Dzięki temu doskonale rozumiał potrzebę sporządzania leków robionych i zarazem wartość, jaką jest dla farmacji apteczna receptura. Profesora Gatty-Kostyala, dzięki licznym wypowiedziom prasowym i wygłoszonym wykładom, promującym lek robiony, możemy nazwać pierwszym, świadomym ideologiem walki polskich farmaceutów o ochronę i zachowanie receptury.

Ilustracja 2

Okładka autorskiej odbitki artykułu „Rola apteki jako warsztatu pracy twórczej z roku 1933. Ze zbiorów Muzeum Farmacji UJ CM.

   W pracy „Rola apteki jako warsztatu pracy twórczej”, opublikowanej na łamach „Wiadomości Farmaceutycznych” z roku 1933, Gatty-Kostyal nawoływał do stworzenia nowego kształtu polskich aptek, w oparciu o powrót do tradycyjnych leków recepturowych i stosowania leków ziołowych: duszą każdej apteki było, jest i będzie laboratorjum. Z wyglądu pracowni aptecznych można sądzić o wartości i rodzaju danej apteki. Naogół życie w laboratorjach aptecznych niemal zamarło, tylko tu i ówdzie pozostałe retorty, kociołki i t. p. świadczą o dawnej minionej chwale. A jednak tak wiele przemawia za tem, żeby pracownie apteczne ożyły zpowrotem. Profesor Gatty-Kostyal podkreślał, że najważniejszą zaletą leków wykonywanych na recepturze jest możliwość ich sporządzenia w każdej chwili, a zatem – zapewnienia pacjentowi leku świeżego: istnieje wiele wartościowych środków leczniczych, jakie w niewielkich, odpowiadających zapotrzebowaniu, ilościach winny być przyrządzane w laboratorjach aptecznych, nie zaś wprowadzane do handlu w postaci nieraz długo przechowywanych specyfików.

Ilustracja 3

Okładka pracy „Zagadnienie trwałości gotowych form farmaceutycznych z roku 1937. Ze zbiorów Muzeum Farmacji UJ CM.

   Temat leku recepturowego i sporządzania leków w aptece podjął Marek Gatty-Kostyal także w opracowaniu „Zagadnienie trwałości gotowych form farmaceutycznych”, zamieszczonym w „Czasopiśmie Towarzystwa Aptekarskiego we Lwowie” z roku 1937. Znajdujemy tam m.in. takie tezy: pojawienie się w ostatnich dziesiątkach XIX wieku leków gotowych tzw. specyfików doznało początkowo życzliwego przyjęcia zarówno ze strony lekarzy jak i aptekarzy. To przyjęcie stało się podstawą do stopniowego rozwoju produkcji leków gotowych, który to rozwój przybrał w ostatnich dziesiątkach lat niebywałe rozmiary. Profesor podkreślał, że corocznie pojawiają się tysiące no­wych specyfików. Niezwykle intensywnie i handlowo umiejętnie przepro­wadzana reklama specyfików przyczyniła się do ich ogromnego roz­powszechnienia. Doprowadziło to niestety do tego, że czynności polskich aptek polegają obecnie głównie na wy­dawaniu leków gotowych i to w dużym stopniu zagranicznego pocho­dzenia. To zaś przyniosło fatalne skutki dla aptecznych receptur: ten zalew specyfikami doprowadził do bardzo daleko posuniętego ograniczenia czynności laboratoryjnych i recepturowych w aptekach, a wo­bec ciągłych coraz silniej wysuwanych żądań zniesienia wszelkich ogra­niczeń rozsprzedaży leków gotowych staje się wysoce niebezpieczny dla dalszej egzystencji zawodu aptekarskiego. Gatty-Kostyal podkreślał, że znikoma wartość lecznicza specyfików, ich nietrwałość, sprawa indywidualnego leczenia i inne względy powinny skłonić zarówno samych farmaceutów jak i odpowiedzialne władze do selekcji specyfików dopuszczanych do obrotu oraz powrotu do farmakopealnego leczenia.

   Gwoli historycznej ścisłości dodajmy, że w czasie, gdy profesor Gatty-Kostyal pisał słowa o ponownym ożyciu pracowni aptecznych, w każdej najmniejszej nawet aptece, wykonywano dziennie po kilkanaście leków. Zaglądnijmy do „Książki laboratoryjnej” apteki w Tymbarku, którą prowadził w latach trzydziestych magister Ludwik Pieguszewski, kolega ze studiów profesora Gatty-Kostyala. Cóż możemy powiedzieć patrząc na nasze zeszyty recepturowe, porównując je z lekami sporządzonymi przez magistra Pieguszewskiego? W aptece wykonywano wówczas „od zera” kilkadziesiąt różnych spirytusów, nalewek i syropów, nie wspominając już o rozlicznych maściach, kroplach, mieszankach ziołowych, proszkach… I były to czasy, w których mówiono, że receptura upadła!

   Profesor z wyraźnym naciskiem podkreślał unikalną wartość leczniczą leków świeżo przyrządzanych w aptekach i to zarówno przetworów farmaceutycznych (galenowych) np. nalewek, ekstraktów płynnych, maści, syropów itp. jak i leków recepturowych np. naparów, odwarów, maści, pigułek itp. W podsumowaniu artykułu postulował, że upadek receptury wcale nie jest nieuniknioną konsekwencją postępu nauki: możemy stwierdzić, że dla pracy recepturowej jak i laboratoryj­nej istnieją w aptekach bardzo rozległe dziedziny i możliwości. Gatty-Kostyal zapewniał, że niema kolizji z przemysłem farmaceutycznym, którego zadania są zupełnie inne. Apteki są placówkami sanitarnymi, które będąc rozsiane po całej Polsce są powołane do dostarczania społeczeństwu leków świeżych. Częste obec­nie podkreślanie wysokich wartości świeżych leków posiada dla zawodu aptekarskiego wybitne znaczenie, powinno być zrozumiane i odpowiednio zużytkowane. Powinno się stać punktem zwrotnym dla dalszego rozwoju aptek, powinno dać zawodowi aptekarskiemu wysokie atuty do rozpoczynają­cej się na wielu frontach walki ze specyfikomanią i doprowadzić apteki polskie do przeistoczenia się w nowoczesne oficinae sanitatis.

   W sukurs aptekarzom i farmaceutom-naukowcom, walczącym o należną pozycję receptury przyszli… lekarze! Znany tylko z nazwiska doktor Sierosławski, na łamach „Nowin Społeczno-Lekarskich” opublikował w roku 1939 obszerne opracowanie pt. „Specyfikoterapia”, przedrukowane przez „Wiadomości Farmaceutyczne”. Lekarz ten pisał: wystarczy przejrzeć recepty w pierwszej lepszej aptece, aby stwierdzić, że przytłaczająca większość tych recept – to recepty opiewające na same specyfiki; receptura, posługująca się starymi i wypróbowanymi wiekowym doświadczeniem środkami, zanika coraz bardziej i przy dalszym postępie specyfikoterapii, być może, zaniknie całkiem. Doktor Sierosławski już siedemdziesiąt lat temu pisał to, co moglibyśmy powtórzyć z powodzeniem i dziś: dzisiejszy rynek farmaceutyczny jest dosłownie zasypany bezlikiem patentowanych leków, o wymyślnych cudacznie brzmiących nieraz nazwach, przy czym nie ma prawie dnia, ażeby intensywnie działająca reklama różnych firm farmaceutycznych nie zawiadamiała nas o przybywających wciąż w tej dziedzinie nowościach. Po czym, jakże słusznie, dodawał: trudno uwierzyć, by produkcja specyfików przybierająca tak zawrotne tempo, była wykładnikiem równie wartkiego postępu w dziedzinie lecznictwa farmakologicznego. Następnie apelował do swych kolegów: z całym naciskiem wypowiedzieć się należy przeciwko popieraniu i masowemu stosowaniu środków leczniczych produkcji fabrycznej, które w swej istocie przedstawiają wyłącznie znanych od dawna ciał chemicznych, a które zestawia się wedle przyjętego przez daną wytwórnię wzoru i wypuszcza na rynek pod specjalną nazwą jako coś nowego. (…) Bujny ich początkowo żywot (dzieło reklamy) rychło przemija i specyfik, wypierany przez ukazujące się dalsze nowalie, zwolna znika z rynku. (…) Znajdziemy je może w magazynie lub na strychu jakiejś apteki, jako towar wycofany i czekający na usunięcie wraz ze śmieciem.

   Czy przytoczone powyżej refleksje, pochodzące sprzed ponad siedemdziesięciu laty, nie są wciąż aktualne? Czy historia farmacji nie powinna nas nauczyć, że rezygnując coraz powszechniej z prowadzenia w naszych aptekach receptury, wyrzekamy się tego, co w naszym zawodzie najcenniejsze i tego, co stanowi o wyjątkowości apteki, kunszcie i wartości naszego wykształcenia? Czy zaprzestając wykonywania leków recepturowych, nie udowadniamy otoczeniu, że apteka staje się miejscem, w którym z powodzeniem pracować może niefachowy pracownik, rozpoznający wyłącznie nazwę leku gotowego, jego dawkę i umiejący odczytać receptę lekarską? Czy rezygnując z receptury nie odbieramy sobie w ten sposób jednego z mocniejszych argumentów w dyskusji na temat pozycji apteki w dzisiejszej służbie zdrowia? Jedno jest wszakże pewne: apteka z recepturą nadal ma prawo nazywać się officina sanitatis, zaś bez receptury – już tylko officina, czyli: sklep!

dr n. farm. Maciej Bilek

 

Piśmiennictwo u autora

Podobne wpisy