luty 2015, nr 102/80 online
Wnikliwi Czytelnicy zakończonego w ubiegłym roku cyklu „Migawki z dziejów Naczelnej Izby Aptekarskiej” zapewne rozpoznali już tytuł cyklu nowego: w ten właśnie sposób anonimowy autor ogłoszonej na łamach „Farmacji Polskiej” odezwy apelował o reformę zawodu i wskazywał na konieczność pilnych zmian. Wielu czytelnikom „Aptekarza Polskiego” nasunęły się w czasie tej lektury skojarzenia z dzisiejszymi czasami… I faktycznie. To nie my pierwsi jesteśmy aptekarzami, których officina sanitatis określana jest pogardliwie „sklepem”, my zaś sami „sprzedawcami”. To nie my pierwsi denerwujemy się, ba, wręcz rozpaczamy, nad tym stanem rzeczy. Nie my pierwsi wreszcie stajemy bezradni wobec zbyt szybko zmieniającej się rzeczywistości, która – wydawać by się mogło – jest nie do pogodzenia z wizją aptekarskiego posłannictwa, zaszczepionego nam w murach uniwersyteckich i przez starczych farmaceutów…
W publikowanym na łamach „Aptekarza Polskiego” pierwszym historycznym cyklu zatytułowanym „Aptekarz burmistrz, aptekarz prezes, aptekarz konspirator” przypominałem wybitnych przedstawicieli naszego zawodu, którzy angażowali się w życie lokalnych społeczności, organizowali instytucje kulturalno-oświatowe i prowadzili działalność charytatywną. Jednak w okresie dwudziestolecia międzywojennego postępowe środowiska aptekarskie patrzyły na tych „prezesów” i „burmistrzów” krytycznie, wytykając im zaniedbywanie życia zawodowego i… własnych aptek. To właśnie w okresie dwudziestolecia międzywojennego pojawił się pozytywny ferment o którym pisałem w cyklu „Historia farmacji uczy nas…”: Podejmowano wówczas usilne próby, by aptekę, spychaną przez ekspansję przemysłu farmaceutycznego do roli „sklepu”, odmienić, sprawić, by była integralnym elementem nowoczesnej ochrony zdrowia w rozkwitającym państwie polskim. Zdawano sobie doskonale sprawę z kryzysu wartości i dostrzegano, że jeżeli apteki się nie zmienią, faktycznie przyjdzie aptekarzom nazwać się „sprzedawcami”. Zatem potrzeba, by apteka była „lepsza, doskonalsza, szlachetniejsza”, wydawała się wówczas nagląca.
Najlepszym wyrazem tego stanu rzeczy mogą być słowa magistra Michała Mutniańskiego, który w pierwszych latach niepodległości, w roku 1920, na łamach „Nowego Czasopisma Aptekarskiego” opublikował niezwykle interesujący artykuł „Co może i powinien robić aptekarz na prowincji oraz jak go odpowiednio wykształcić i pokierować”. Dziś, gdy się wszystko u nas w kraju zaczyna tworzyć i budować – pisał – niechże mi wolno będzie zabrać głos na mocy tyloletniego doświadczenia mego w tak ważnej kwestyi reformy zawodu aptekarskiego, który upaść nie może i nie powinien. Jednym z ważniejszych tematów podjętych przez Mutniańskiego była działalność analityczna laboratoriów aptecznych: jeżeli weźmiemy pod uwagę badanie środków lekarskich ściśle naukowo, to jest ono o wiele trudniejsze i więcej skomplikowane aniżeli analizy moczu lub artykułów spożywczych. Moim zdaniem aptekarz biegły, t.j. dobrze wyrobiony w technice analitycznej, powinien wszystko znać, bo na to kształci się w Uniwersytecie, ażeby był pożyteczny społeczeństwu, lecz do tego trzeba chcieć i umieć kroczyć z postępem i uczyć się do śmierci wszystkiego.
W 1922 roku, w pierwszym projekcie ustawy aptekarskiej, pojawił się zapis o tym, że apteki będą uprawnione do prowadzenia pracowni analitycznych w zakresie djagnostyki lekarskiej i badania środków spożywczych. Idea urządzania laboratoriów analitycznych przy aptekach napotkała jednak na szereg przeszkód. Prowadzeniu badań diagnostycznych krwi, kału i moczu sprzeciwiało się ostro środowisko lekarskie. W roku 1930 rozgorzała ostra polemika w związku z opublikowanym na łamach „Nowin Społeczno-Lekarskich” stanowiskiem lwowskiego Okręgu Związku Lekarzy Państwa Polskiego, wedle którego farmaceuci nie posiadają odpowiednich kwalifikacji do wykonywania analiz lekarskich. Sygnatariusze posuwali się do absurdalnej i szybko wykpionej argumentacji, zgodnie z którą możliwa jest epidemia w niektórych miejscowościach klimatycznych i leczniczych w okresie największego sezonu właśnie przez przyjmowanie i wykonywanie analiz djagnostycznych w aptekach. Mało tego. Jak relacjonowała w 1930 roku „Kronika Farmaceutyczna” stowarzyszenia lekarskie podejmują alarmy, by nielekarzy nie dopuszczać na kursy mikrobiologiczne organizowane przez Państwowy Zakład Higieny. Oficjalny organ Związku Zawodowego Farmaceutów Pracowników w Rzeczypospolitej Polskiej zapytywał więc władze PZH, czy jest to prawdą i planował jaknajkategoryczniejszy protest przeciwko nieprzyjmowaniu farmaceutów na praktykę bakterjologiczną. Według ZZFPRP w aptekach na prowincyi coraz więcej powstaje placówek analiz lekarskich, z których chętnie korzystają tamtejsi lekarze dla celów djagnostycznych z dobrym rezultatem dla zgłaszających się pacjentów, zatem zahamowanie powstawania tak doniosłych dla zdrowia ludzkiego placówek jedynie dla racyj materjalnych niewielkiej liczby zainteresowanych lekarzy byłoby krzywdą wyrządzoną tak praktyce lekarskiej jak i całemu społeczeństwu. Wszelkie wątpliwości rozwiał sam dyrektor Państwowego Zakładu Higieny, profesor Ludwik Hirszfeld, znany ze swojej sympatii dla studentów farmacji. Profesor pisał: doświadczenie (…) wskazuje, że o ile lekarze posiadają pewne podstawy teoretyczne w dziedzinie badań bakterjologicznych, o tyle w zakresie analiz chemicznych pozostają znacznie w tyle w porównaniu z chemikami i magistrami farmacji.
Sprzeciw środowiska lekarskiego wobec prowadzenia badań diagnostycznych w laboratoriach aptecznych spowodował wieloletnią, burzliwą dyskusję. Aptekarze poczuli się bowiem dotknięci do żywego! Na łamach prasy zawodowej głos zajęło wielu wybitnych przedstawicieli farmacji naukowej. Profesor Jan Muszyński, dyrektor wileńskiego Oddziału Farmaceutycznego, nawet nie podejmował polemiki, pisząc we właściwy sobie prostolinijny sposób: nie wątpię (…), że wystąpienie Związku Lekarzy Lwowskich było tylko jakiemś nieporozumieniem i wierzę mocno, iż większość lekarzy polskich nie umieściłaby swego nazwiska pod tego rodzaju oświadczeniem. Z kolei dyrektor krakowskiego Oddziału Farmaceutycznego, profesor Tadeusz Estreicher, dowodził, że farmaceuta dysponuje odpowiednią wiedzą i umiejętnościami praktycznymi, by tego typu analizy prowadzić: nie widzę powodu, dlaczegoby im tej kompetencji odmawiać właśnie wtedy, gdy się długą pracą tak teoretyczną, jak praktyczną specjalnie w tym kierunku wykształcili.
Dyskusja na temat analiz „lekarskich” spowodowała, że temat pracowni analitycznych w aptekach zaczął żyć na nowo. Powrócono do planów z początku lat dwudziestych, dotyczących analiz produktów spożywczych. Magister Henryk Szancer, aptekarz z Przemyśla, pisał: uważam, że rozszerzenie uprawnień laboratorjów aptecznych również na zakres badania i kwalifikowania środków spożywczych jest rzeczą niezmiernie ważną w pierwszym rzędzie z punktu widzenia interesów ludności, któraby tym sposobem, dzięki aptekom istniejącym w najodleglejszych zakątkach Rzeczypospolitej, miała zapewnioną fachową kontrolę artykułów żywności, co jedynie wpłynąć może dodatnio na jakość żywności i na stan zdrowotny ludności. Magister Szancer zauważał również, że w dziale dozoru nad żywnością mogą farmaceuci oddać niepomierne usługi, zwłaszcza że rozporządzają wzorowo urządzonemi pracowniami aptecznemi, gdzie badania dają się bardzo wygodnie wykonywać. Dodajmy jeszcze do tego wywodu, że ówczesny program studiów farmaceutycznych przewidywał aż 150 godzin ćwiczeń z zakresu badania żywności!

Ilustracja 1.1, 1.2, 1.3.
Plany i wizualizacje aptecznych laboratoriów analitycznych,
zamieszczone w „Kalendarzu Farmaceutycznym” z 1937 roku.
W roku 1937 postulaty prowadzenia w aptekach pracy analitycznej uzyskały mocne podstawy: „Farmakopea Polska II” [1] nakazywała bowiem badanie dobroci leków, czyli każdej partii otrzymywanej z hurtowni, czy to substancji chemicznej, czy surowca zielarskiego. Aptekarz zaś był odpowiedzialny za jakość i tożsamość każdego środka leczniczego, który ekspediuje z apteki. Oznaczało to obligatoryjną, usankcjonowaną prawnie konieczność urządzenia w aptekach laboratoriów analitycznych, które zgodnie z zaleceniami miały znajdować się w osobnych pomieszczeniach, posiadać komplet odczynników i przyrządów i oczywiście wykonywać analizy i uwidaczniać ich wyniki w książce analiz. W „Kalendarzu Farmaceutycznym” na rok 1937 pisano: laboratorium analityczne jest ważną i nieodzowną częścią nowoczesnej apteki. W dzisiejszych warunkach, jakie istnieją w dziedzinie zaopatrywania ludności w środki lecznicze, praca badawczo-analityczna stanowi niezbędne ogniwo, przez które przejść winien każdy surowiec leczniczy, zanim dojdzie do rąk chorego w postaci gotowego lekarstwa. Jednak co ważne, w laboratoriach o kształcie egzekwowanym przez „Farmakopeę Polską II”, poza ich podstawową funkcją, można było wykonywać dowolne analizy wody i środków spożywczych!
Czytelnik „Aptekarza Polskiego” zada zapewne pytanie: czy laboratoria analityczne przy aptekach zaczęły działać w rzeczywistości, czy pozostały tylko na papierze czasopism zawodowych? Otóż – działały, a świadectwem ich intensywnej pracy były publikacje, które ukazywały się na łamach czasopism farmaceutycznych. I tak np. magister Regina Kapitańczykowa, pracownica apteki w Drwalewie, opublikowała pracę „Wyniki badania chemicznego i bakteriologicznego wód studziennych na terenie wsi Drwalew”, w której podała wyniki dla zawartości w dwunastu wodach studziennych m.in. azotanów (III), azotanów (V), azotu amonowego, siarczanów, chlorków, twardości węglanowej i ogólnej oraz utlenialności. I to wszystko przebadane właśnie w aptecznym laboratorium! Nie dziwmy się zatem, że na łamach „Kroniki Farmaceutycznej” cytowany już powyżej magister Henryk Szancer, pracownik apteki w Przemyślu, polemizował z rozporządzeniem prezydenta Rzeczypospolitej, określającym nadzór nad wodą pitną: ustawodawca przeoczył (…) ważny niezmiernie czynnik, który w zakresie kontroli jakości środków spożywczych może Państwu i ludności w każdej chwili oddać niepomierne usługi. Czynnikiem tym są pracownie analityczne aptek, rozsianych na całym obszarze Państwa, a pozostających pod fachowem kierownictwem dyplomowanych farmaceutów o wysokim wyszkoleniu naukowem i zawodowem. Szancer zwracał uwagę, że zupełnie zbędne wydaje się zlecanie przez gminy badań wody pitnej. Poco te formalności i (…) zgoła niepotrzebne wydatki – pytał retorycznie, wyjaśniając dalej, że miejscowa pracownia [apteki] może całkiem śmiało badania tego rodzaju przeprowadzić i to z całą sumiennością i dokładnością właściwą systemowi pracy w aptece.
Oczywiście aptekarzy nie pozostawiono z koniecznością urządzenia laboratoriów analitycznych samych sobie. Wydawnictwa „Wiadomości Farmaceutycznych” i „Kroniki Farmaceutycznej” prześcigały się w publikowaniu podręczników dotyczących analizy wody i żywności. Każdy aptekarz mógł również wziąć udział w kursach analizy produktów spożywczych, o których na łamach „Aptekarza Polskiego” już pisałem. [2] Organizatorem jednego z takich kursów był warszawski Wydział Farmaceutycznym, zachęcający do udziału na łamach „Kroniki Farmaceutycznej” słowami: znajomość metodyki badania produktów spożywczych i wykonywanie analiz podniesie prestige apteki. Ukoronowaniem tych działań polskiego środowiska aptekarskiego miało być powołanie w Warszawie Szkoły Badania Produktów Spożywczych. Myśl tę rzucił w roku 1939 profesor Bronisław Koskowski, podkreślając – jak przekazywała „Kronika Farmaceutyczna” – że szkoła taka ze swoimi praktycznymi zajęciami rozszerzałaby zakres teoretycznych wiadomości, zdobytych na Uniwersytetach przez farmaceutów, dając społeczeństwu wybitnych fachowców w tej dziedzinie. Niestety, Szkoła Badania Produktów Spożywczych pozostała jedną z wielu niespełnionych na skutek wybuchu II wojny światowej „pięknych myśli” polskiego środowiska aptekarskiego…
Ilustracja 2. Wstęp do wykrywania trucizn na drodze chemicznej”.
Podręcznik wydany nakładem magistra farmacji Franciszka Heroda,
redaktora i wydawcę „Wiadomości Farmaceutycznych”.
Ze zbiorów autora.
Po zakończeniu okupacji, w czasie kilku krótkich lat działalności Naczelnej Izby Aptekarskiej, idea apteki-laboratorium analitycznego powróciła. Za programowe można uznać wystąpienie profesora Stanisława Krauzego, wygłoszone na Zjeździe Farmacji Naukowej w 1946, które przedrukowała „Farmacja Polska”. Profesor dowodził, że absolwent studiów farmaceutycznych, który uczył się nauki o środkach spożywczych, jeżeli odrabiał z tego przedmiotu ćwiczenia jest w pełni uprawniony, do tego, by takie analizy wykonywać. Krauze wskazywał także, że uruchomienie laboratoriów analitycznych, w których prowadzone mogły by być także analizy np. moczu leży w interesie społecznym, jeżeli zważmy, że całe połacie naszego kraju nie mają żadnych laboratoriów diagnostycznych, a przecież laboratoria apteczne (…) do tego celu mogły by i powinny być wykorzystane. Naczelna Izba Aptekarska odpowiedziała Profesorowi we właściwy sobie, konstruktywny sposób, a w akcję włączył się Instytut Wydawniczy Naczelnej Izby Aptekarskiej [3]. Zdecydowano o wydaniu szeregu cennych publikacji, które – jak podawano w reklamach zamieszczanych na łamach „Farmacji Polskiej” – winny znaleźć się w każdej aptece. Był to m.in. podręcznik i kompendium analityczne zarazem pt. „Podstawowe wskazówki do wykonywania kontroli żywności i przedmiotów użytku” autorstwa cytowanego powyżej profesora Stanisława Krauzego. NIA zobowiązała także okręgowe izby aptekarskie do zorganizowania tzw. „kursów uzupełniających dla farmaceutów”. Ich częścią miały być zagadnienia związane z analityką i kontrolą żywności.
Ilustracja 3. Stanisław Krauze, magister farmacji, działacz środowiska aptekarskiego w okresie dwudziestolecia międzywojennego, a przy tym jeden z najwybitniejszych europejskich żywieniowców XX wieku. „Kronika Farmaceutyczna” 1937, s. 220
Jak widzimy z przytoczonej powyżej wypowiedzi, powrócił także temat analiz fizjologicznych. Już w toku 1945, za pośrednictwem władz Wydziału Farmaceutycznego Uniwersytetu Warszawskiego, zawód aptekarski apelował do ministra zdrowia: farmaceuci powinni mieć uprawnienia do wykonywania badań bakteriologicznych i fizjologicznych na równi z lekarzami, ponieważ nie tylko nie ustępują lekarzom w potrzebnym przygotowaniu teoretycznym i praktycznym, ale w dziedzinie chemii przygotowanie farmaceutów jest znacznie większe.
Także i we wczesnym okresie powojennym laboratorium analityczne w aptece nie było niespełnionym marzeniem naszych poprzedników. Na łamach organu prasowego Naczelnej Izby Aptekarskiej – „Farmacji Polskiej” [4], w latach 1945-1951, wielokrotnie przytaczano przykłady wzorowo funkcjonujących placówek tego typu. Cytowany w ostatniej części cyklu „Migawki z dziejów Naczelnej Izby Aptekarskiej” [5] magister Stanisław Konieczny pisał w roku 1946: jako dowód może służyć ślicznie postawione analityczne laboratorium u kolegi R. Bautscha w Białobrzegach nad Pilicą, gdzie wykonuje się analizy lekarskie, bada artykuły spożywcze, wodę dla różnych instytucyj itd. Wzorowo urządzone laboratorium analityczne zastałem, zaopatrzone bogato w aparaturę, w oddzielnym pokoju na piętrze u kolegi St. Muchy we Wąchocku, pow. Starachowickim, a całość wprowadzała wprost w zachwyt. I również ono cieszyło się ogólnym uznaniem lekarzy i wyświadczało tamtejszej okolicy poważne usługi, a aptekom samym przynosiły te laboratoria zasłużone uznanie i dochody.
W XXI wieku laboratoriów analitycznych – niestety! – w naszych aptekach już nie założymy, ale czy ktoś zabroni nam myśleć o naszym zawodzie z takim wielkim rozmachem, jak myśleli nasi poprzednicy i bronić naszych racji równie zaciekle jak niegdyś to robiono? Nasze współczesne apteki mogą być „lepsze, doskonalsze i szlachetniejsze” nie poprzez prowadzenie laboratoriów analitycznych, a dzięki wzorowo urządzonej recepturze, brakowi reklam na ekspedycji, czy wreszcie wzorowo świadczonej opiece farmaceutycznej! Bowiem „dla chcącego, nic trudnego”!
dr n. farm. Maciej Bilek
Piśmiennictwo u autora
[1] M. Bilek: Historia farmacji uczy nas, że mamy powody do dumy. „Aptekarz Polski” 2011, nr 8.
[2] M. Bilek: Uzupełnić swoje wiadomości… „Aptekarz Polski” 2009, nr 8.
[3] M. Bilek: Farmaceutyczny Instytut Wydawniczy im. Profesora Bronisława Koskowskiego, „Aptekarz Polski” 2013, nr 3.
[4] M. Bilek: Migawki z dziejów Naczelnej Izby Aptekarskiej. „Farmacja Polska”. „Aptekarz Polski” 2013, nr 2.
[5] M. Bilek: Migawki z dziejów Naczelnej Izby Aptekarskiej. Wzmóżmy produkcję laboratoriów aptecznych… „Aptekarz Polski” 2014, nr 8.