Historia farmacji uczy nas… jak dbać o wizerunek apteki
W ubiegłorocznym cyklu „Apteka była, jest i będzie” Czytelnicy „Aptekarza Polskiego” poznawali problemy dawnych aptekarzy. W rozpoczynającym się z niniejszym artykułem cyklu „Historia farmacji uczy nas…” opowiem o kilku charakterystycznych, wybranych zagadnieniach, związanych z przeszłością naszego zawodu. Będą to tematy, z których płyną istotne, twórcze wnioski, przekładające się na codzienną rzeczywistość polskiej farmacji. Myślą przewodnią niniejszego cyklu niech będzie więc znane łacińskie przysłowie: Historia magistra vitae est – historia nauczycielką życia.

Pomimo to, każdy aptekarz dbał jak tylko mógł o wygląd swej apteki, wiedząc, że to, co zapamiętają w czasie pierwszej wizyty pacjenci, przełoży się na powtarzaną w lokalnej społeczności obiegową opinię. Zacząć należało od godła apteki, witającego pacjenta jako rzeźba, zawieszona zazwyczaj ponad drzwiami apteki. Godło nawiązywało często do pożądanych przez ludność treści religijnych, czyniąc tym samym aptekę miejscem „świętym”. Na terenie Małopolski odnaleźć możemy w sumie kilkanaście aptek „Pod Opatrznością”, „Pod Duchem Świętym”, „Pod Zbawicielem”, „Pod Aniołem” i „Pod Matką Boską”. Godła aptek wiązały się także często z lokalnymi tradycjami lub charakterystycznymi elementami flory, fauny i topografii. W ten sposób aptekarze wychodzili naprzeciwko potrzebom lokalnego patriotyzmu. I tak w Nowym Targu działała apteka „Pod Kozicą” i „Pod Orłem”, w Poroninie – „Pod Szarotką”, w Krościenku nad Dunajcem – „Pod Trzema Koronami”. Godło mogło także kokietować potencjalnych pacjentów: magister Stanisław Kordzik swą nowosądecką aptekę, położoną niedaleko od dużych zakładów kolejowych, nazwał „Pod Koleją”, gdyż to właśnie wśród pracowników kolei postrzegał swych przyszłych pacjentów. Godło apteki mogło także symbolizować patriotyczną postawę właściciela, który w czasie zaborów, nie bacząc na możliwe prześladowania, nie wahał się nazwać apteki „Pod Białym Orłem”. Tylko najbogatszych farmaceutów, i to zazwyczaj w dużych miastach, stać było na ozdobienie fasady kamienicy mieszczącej aptekę, płaskorzeźbami przedstawiającymi symbole farmacji: czarę z wężem, Asklepiosa, Hygieę.
Ilustracja 2. Płaskorzeźba przedstawiająca Hygieę, patronkę farmacji, umieszczona na fasadzie kamienicy mieszczącej niegdyś aptekę „Pod Czarnym Orłem” w Nowym Sączu. Zdjęcie współczesne.
Największe wrażenie na pacjentach zrobić musiała izba ekspedycyjna. Powagi i dostojeństwa dodawały jej potężne meble, często rzeźbione, oraz marmurowa lada i wagi szalkowe, stojące zazwyczaj tuż przy kasie. Aptekarz, pracujący na „froncie” zawsze w garniturze, nigdy zaś w fartuchu, bardzo często prostsze leki, zapisane na recepcie przez lekarza, sporządzał na oczach pacjenta. Używał do tego wagi palcowej tak, aby świadek widział, jak odważona zostaje właściwa porcja leku. Był to jeden z najbardziej charakterystycznych zabiegów (dziś powiedzielibyśmy chwytów marketingowych) dawnych aptekarzy i tak właśnie są pamiętani przez swych pacjentów: z nieodłączoną wagą palcową! W izbie ekspedycyjnej panował zazwyczaj półmrok, a jedynym oświetlonym miejscem pozostawało stanowisko ekspediującego lub ważącego leki farmaceuty, dzięki czemu zyskiwał on jeszcze dodatkowo w oczach pacjentów.
Ilustracja 3. Oranżowe naczynia apteczne z charakterystycznym kartuszem, pochodzące z apteki w Ciężkowicach. Początek XX wieku. Ze zbiorów Ireny Grabczak.
Niebagatelną rolę odgrywały w izbie ekspedycyjnej rzędy kolorowych i porcelanowych naczyń aptecznych, wprowadzające udzielającą się także pacjentowi harmonię i równowagę. Po założeniu lub kupnie apteki ambicją każdego farmaceuty było zamówienie w firmach specjalizujących się w produkcji naczyń unikalnego wzoru lub koloru naczynia, tak aby odróżnić się od poprzednika lub konkurencji. Słynna wiedeńska firma Hermann Steinbuch oferowała na przykład naczynia wykonane ze szkła oranżowego, kobaltowego, rubinowego, uranowego, cytrynowego. Każdy komplet naczyń można było ozdobić jednym z kilkudziesięciu wzorów kartuszów. Także nazwa substancji leczniczej mogła być naniesiona kilkoma krojami czcionki. Dzięki tak szerokiej gamie szkła aptecznego, praktycznie każda dawna apteka miała swój niepowtarzalny, rozpoznawalnym po dziś dzień wzór naczyń, na który składał się kolor naczynia, kształt kartusza i krój czcionki. Widzieli i doceniali to także pacjenci, którzy często po dziś dzień wspominają, że była to np. jedyna apteka w mieście z zielonymi (czyli uranowymi) naczyniami.
Ilustracja 4. Karta wagi apteki „Zdrojowej” w Rabce Zdroju. Ze zbiorów Marii Miętus-Ciszewskiej.
Nawet najmniejsze i najbiedniejsze apteki posiadały własny, indywidualny kształt pieczątki, często ozdobne druki odpisów recept oraz papier firmowy z nazwiskiem właściciela i np. datą założenia apteki. Punktem honoru aptekarza było, aby w jego aptece stała waga osobowa, bardzo charakterystyczny element wnętrza dawnej apteki. Drugim jej nieodłącznym elementem były umieszczone na meblach rzędy gipsowych rzeźb, wyobrażające patronów farmacji: Hygieę i Asklepiosa, a także popiersia postaci, będących narodowymi symbolami: Władysława Jagiełłę, królową Jadwigę, księcia Józefa Poniatowskiego… Officina sanitatis mogła być także wyróżniona poprzez wywieszenie przy wejściu barometru i termometru, często pierwszego i jedynego w ubogiej okolicy. Dzięki temu ludzie, ściągający pod aptekę, podkreślali jej ważne miejsce w lokalnej społeczności. Tylko nielicznych aptekarzy stać było na wydrukowanie dla pacjentów obszernych kalendarzy i broszurek, informujących nie tylko o dostępnych w danej aptece lekach, ale także o… znaczeniu farmacji dla społeczeństwa!
Ilustracja 5. Gipsowe popiersie Eskulapa z apteki w Grybowie, pochodzące z pierwszej dekady XX wieku. Ze zbiorów Barbary Hodbod-Mordarskiej.
Wizerunek apteki kształtowała wreszcie wiedza i umiejętności farmaceuty, którymi potwierdzał wartość naszego zawodu w stosunku do zawodu lekarza. W oczach pacjentów nie byłą sztuką wykonać lek, zapisany na recepcie przez medyka. Aptekarz mógł się wykazać jedynie sporządzając specyfik według własnego przepisu. Dopiero dzięki temu zyskiwał stałych, oddanych pacjentów, na których żaden inny preparat nie chciał już działać! Te osławione aptekarskie przepisy nie były oczywiście niczym nowym, a pochodziły zazwyczaj z powszechnie znanych receptariuszów. Jednak sporządzał je aptekarz i proponował pacjentom jako swoją specjalność, dzięki czemu leki te otrzymywały nazwy, pochodzące najczęściej od jego nazwiska. I tak np. w Grybowie żaden pacjent nie zwalczał bólu głowy innymi proszkami, jak słynnymi „Hodbodinami”, oferowanymi przez tamtejszego aptekarza, znanego Czytelnikom „Aptekarza Polskiego” magistra Józefa Hodboda.
