lipiec 2014, nr 95/73 online
W czerwcu – jak chyba w żadnym innym miesiącu – temat edukacji poruszany jest bardzo często. Związane jest to nie tylko z zakończeniem roku szkolnego, kojarzącym się wszystkim z uśmiechniętymi buziami dzieci, które rozpoczynają upragnione wakacje. Jednak ważniejszym tematem są wyniki matur, które – mam wrażenie – zyskały na znaczeniu od czasu wprowadzenia obowiązkowego egzaminu z matematyki. Stało się tak dlatego, że znacząco spadła zdawalność matur. Mnie ta sytuacja wyjątkowo dziwi, bo pisałam maturę z tego przedmiotu, kiedy nie była jeszcze koniecznością, a jej poziom zdecydowanie odbiegał od obecnych – przyznaję, dość niskich – wymagań. Tymczasem rezultaty, jakie osiągają maturzyści, są zatrważające. Wywołuje to głośną, choć krótkotrwałą debatę nad potrzebą zmian w systemie polskiego szkolnictwa. Kwestię tę chętnie wykorzystują media, które prezentują wówczas opinię przedstawicieli wielu środowisk.
Rzadziej pojawia się zagadnienie reformy studiów wyższych. Wydaje się, że wiele kierunków wymaga „odświeżenia”, dostosowania ich programu do potrzeb obecnych czasów i wymogów, panujących na rynku pracy. Coraz częściej słychać głosy, które zwracają uwagę na konieczność reorganizacji studiów farmaceutycznych. Od jakiegoś czasu chciałam poruszyć ten temat na łamach „Aptekarza Polskiego”, ale brakowało mi odwagi. Dodał mi jej, zresztą nie po raz pierwszy, redaktor Michał Ogórek, który promował swoją najnowszą książkę pt. „Polska Ogórkowa” dość zaskakująco, zadając mianowicie pytanie: dlaczego to młodzi mają uczyć się od starszych, jak było, a nie raczej starsi od młodych, jak jest? Bardzo spodobał mi się ten sposób myślenia i postanowiłam przedstawić kilka postulatów dotyczących toku studiów na farmacji.
Często rozmawiałam o tym ze swoimi znajomymi „z roku”. Pierwszy zarzut dotyczył początkowych lat studiów, na których – jak stwierdziła Martyna – zbyt duży nacisk kładziony był na chemię (nieorganiczna, organiczna, leków). Nie można zapomnieć także o chemii analitycznej czy fizycznej. Na ich naukę poświęcamy łącznie trzy lata, spędzając sporo czasu na ćwiczeniach i wykładach, ale przede wszystkim na przygotowywaniu się do trudnych egzaminów końcowych. Wiedza ta – najczęściej uczona na pamięć – szybko znika, tym bardziej, że treści te bywają często niepotrzebne albo wręcz nieaktualne, co Alvin Toffler – amerykański pisarz i futurolog – nazywa „staro-wiedzą”, czyli czymś, co jeszcze wczoraj wydawało się prawdziwe, a dziś jest już zakwestionowane albo obalone. Dlatego zadajemy sobie pytanie – czy jako przyszli farmaceuci będziemy dzielić się ze swoimi pacjentami wiedzą przy użyciu jakiej metody analitycznej wykryć określony pierwiastek lub lek w mieszaninie? Przecież naszym zadaniem jest fachowa porada i doradztwo w kwestii jego samoleczenia. Tymczasem należy pamiętać, że farmacja to studia uniwersyteckie, a więc nie przygotowują swoich absolwentów jedynie do pracy w aptece. Niestety tu pojawia się problem niekompatybilności, bowiem większość z kształconych farmaceutów zostaje aptekarzami. Jak więc pogodzić program studiów ze współczesnymi wymogami rynku pracy? Trudno wprowadzić znaczące zmiany, ponieważ nauczanie na tym kierunku podlega standardom w postaci ustalonych punktów ECTS, czy liczby godzin. Przełomem są niewątpliwie stopniowo wprowadzane fakultety, czy bloki tematyczne. Jednocześnie stanowią one odpowiedź uczelni akademickich na sytuację farmaceutów na rynku pracy związaną z aktualną, niełatwą kondycją aptek. Studentom wskazywane są inne możliwości zatrudnienia, o których pisałam już na łamach „Aptekarza Polskiego”. Trzeba jednak zaznaczyć, że warto żebyśmy – poszukując nowych dróg rozwoju – byli konkurencyjni na rynku pracy oraz zajęli odpowiednie stanowiska, co podkreśla dr hab. Zbigniew Sroka, jeden z moich wykładowców, według którego to tylko my jesteśmy specjalistami od leku.
Moi rówieśnicy zwracają uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt, a mianowicie na zmieniającą się obecnie rolę farmaceuty. Bowiem coraz częściej pacjenci, w poszukiwaniu fachowej pomocy medycznej, czy porady farmakologicznej, swoje pierwsze kroki kierują właśnie do apteki, a nie do lekarza. Niestety młodym adeptom zawodu brakuje umiejętności, które pozwoliłyby im stać się doradcą czy konsultantem. Dlatego też warto, aby program nauczania wzbogacić o dodatkowe godziny z fizjologii, patofizjologii, doraźnej pomocy medycznej, ale przede wszystkim – opieki farmaceutycznej. W znaczącym stopniu podwyższyłoby to jakość usług farmaceutycznych, a także wzrosłoby zadowolenie pacjentów. Tym bardziej gdyby dodać jeszcze – jak zaznaczyła moja koleżanka Ola – zajęcia na których uczylibyśmy się kontaktu i rozmów z pacjentem. Przykładem mogą być analizy przypadków „trudnych pacjentów”, czy ćwiczenia z komunikacji interpersonalnej. Myślę, że ciekawe i przydatne byłyby również zajęcia z podstaw medycyny wewnętrznej, zwanej potocznie interną, prowadzone przez lekarzy, które uzupełniałyby naszą wiedzę. To jest o tyle ważne, że zauważa się potrzebę „umedycznienia zawodu farmaceuty”, a przez to nawiązanie partnerskiej współpracy z lekarzami, którzy powinni docenić nasze kompetencje w zakresie działania leku na organizm pacjenta, interakcji leku z innymi substancjami czy wiadomości dotyczących działań niepożądanych. Aby tak było, niezbędne jest również rozbudowanie przedmiotu farmakologia. Traktowany jest on zdecydowanie zbyt pobieżnie, przez co posiadamy znikomą wiedzę na temat preparatów leczniczych, a przede wszystkim ich nazw handlowych, ponieważ uczymy się jedynie nazw międzynarodowych. Sytuację tę podsumował Paweł, który już rozpoczął staż – po studiach mamy bardzo małe obycie z apteką i preparatami dostępnymi na rynku.
Nie udało mi się poruszyć jeszcze wielu zagadnień, ale myślę, że wskazałam te najważniejsze, które pozwoliłyby uniknąć panującej dotąd opinii, że „na stażu student nadrabia zaległości”. Trudne jest pogodzenie konieczności kształcenia farmaceutów zgodnie z wymaganiami studiów uniwersyteckich, którzy jednocześnie muszą sprostać wymaganiom rynku pracy. Powstaje paradoks, ponieważ studia mają za zadanie przygotować swoich absolwentów do pracy w różnych dziedzinach farmacji, tymczasem większość decyduje się na pracę w aptece. Potrzebna jest więc niejako „rewolucja w kształceniu”, ale czy możemy się jej spodziewać, albo czy ktoś się jej podejmie? O polskim szkolnictwie często w wywiadach „Gazety Wyborczej” wypowiadał się amerykański psycholog – prof. Philip Zimbardo. Z jednego z nich zapamiętałam ważne zdanie – na pytanie dziennikarza o co powinno chodzić w edukacji, odpowiedział – o wartości. Każde dziecko powinno czuć, że ktoś pomaga mu stać się lepszym człowiekiem. O tym powinni pamiętać też Ci, którzy są odpowiedzialni za polską szkołę.
mgr farm. Anna Rogalska
studentka VI roku
Wydziału Farmaceutycznego
Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu