03.2014 – „Pierwszy raz w życiu”

marzec 2014, nr 91/69 online
 
   Często wybiegam myślami w przyszłość. Właściwie robię to nieustannie. To jedna z moich wielu wad i jestem w pełni tego świadoma. Choć podejmuję próby walki z nią, to zawsze kończą się one porażką. Wciąż słyszę te same słowa: „Nie pisz scenariuszy!”, „Nie planuj!”, „Żyj chwilą!”. Wiem, ale to jest silniejsze ode mnie. Myślę, że to ta właśnie cecha umożliwiła mi na łamach poprzedniego „Aptekarza Polskiego” pisać o perspektywach, które czekają nas, przyszłych absolwentów farmacji. Jednak za nim zderzymy się z pracą zawodową, ważne jest, aby opanowaną – przez okres pięciu lat studiów – wiedzę poprzeć doświadczeniem. Pierwszym poważnym sprawdzianem będzie półroczny staż, ale to dopiero przed nami. Mamy za sobą natomiast krótką, bo jednomiesięczną, ale myślę, że znaczącą praktykę. Dlatego tym razem wracamy do przeszłości…
 
    Z niezrozumiałych dla wielu względów, na praktykę zdecydowałam się w lipcu. Nierzadko żar lał się z nieba, co jeszcze bardziej potęgowało emocje, które mną targały. Podekscytowanie, radość mieszały się ze strachem, lękiem i niepokojem. Wybór apteki był przypadkowy, więc tak naprawdę nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Odwagi dodawał mi mój biały fartuch. Nowy, nieskazitelnie czysty, starannie wyprasowany. To niedorzeczne można powiedzieć. Dla mnie jednak był on symbolem drogi, którą przebyłam – od pomocy aptecznej do praktykantki.
 
    Podobnie jak moi znajomi, zaczęłam od metkowania. To pierwsze przydzielone nam zadanie. Dla niektórych jedyne… bo wypełniało im całe dnie. W moim przypadku było inaczej: jak się okazało, nie zapomniałam tego, czego nauczyłam się kilka lat temu. Pudełka od hurtowników szybko się opróżniały, na rzecz aptecznych koszyków, które zapełniały się odpowiednio oznakowanymi lekami. Sprawnie wykonana praca umożliwiła mi zapoznanie się z apteką, bo wbrew sceptycznemu nastawieniu pracowników, podjęłam się próby rozmieszczenia towaru. Wiedziałam, że na pewno nie uda mi się tego zrobić bezbłędnie, ale to jedyna droga, żeby poznać miejsce, w którym spędzę kolejny miesiąc. Sprawiało mi to dużą radość, ponieważ tym razem wiedziałam, co trzymam w dłoni i świadomie umieszczałam preparat na odpowiednią półkę – pierwszy raz w życiu!
 
    Mój entuzjazm z czasem gasł. Mimo obszernego programu do zrealizowania, właściwie ciągle robiłam to samo. Zajmowałam się dostawami towaru, ale przede wszystkim oczekiwałam na wykonanie leku recepturowego. Niestety daremne było to czekanie, bo akurat w mojej aptece takich recept brakowało. Na nic zdała się moja ciekawska natura i tendencja do zadawania zbyt wielu pytań – mój opiekun nie miał w sobie cech nauczyciela, a przekazywanie mi szczątków wiedzy przychodziło z ogromnym trudem. Wiem, że to ciężkie zadanie i nie każdy ma takie zdolności. Jestem córką nauczycielki, która wybrała ten zawód świadomie, a dzielenie się wiedzą przychodzi jej z łatwością. Mnie się ta sztuka nie udała, dlatego ku zdziwieniu wszystkich, nie poszłam w ślady mamy. Dlatego też jestem w tej kwestii wyrozumiała. Jednak jestem typem „zadaniowca” i zawsze podejmuję próby. Niestety ja takich chęci nie zauważyłam… Robiłam więc to, co najlepiej mi wychodzi, czyli obserwowanie. W ten sposób się uczyłam. Na szczęście, choć na zaledwie dwa ostatnie tygodnie wróciła z urlopu magister, która wykazała większe zaangażowanie, bo chyba zauważyła u mnie ten „pęd do wiedzy”. Dzięki niej stanęłam za pierwszym stołem – pierwszy raz w życiu!
 
    Kilka dni spędzonych przy okienku, tym razem nie jako obserwator, ale czynny uczestnik, było fantastycznych! Właśnie wtedy poczułam, że to jest moje miejsce, tym chcę się zajmować i dokonałam dobrego wyboru! Nauczyłam się obsługi programu komputerowego, sprawdzania recept i ich czytania. A po odpowiednie leki nie szłam, a biegłam do magazynu. Stojąca za moimi plecami magister nierzadko mnie uspokajała, żebym zwolniła, bo pacjenci się przyzwyczają i jak odejdę, to będą od niej oczekiwać takiego tempa. Te nadwyżki energii czerpałam od ludzi, z którymi nawiązywałam pierwszy, nieśmiały kontakt. Wykazywali dużo cierpliwości, wyrozumiałości, a pojawiające się na mojej twarzy wypieki wywoływały u nich uśmiech. Czasami i mnie się on udzielał, gdy np. zawstydzony chłopak przyszedł i poprosił mnie o… szczoteczkę do zębów. Nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie jego zalana rumieńcem twarz, kiedy zapytałam, jaki kolor sobie życzy, a on pozwolił mi samej zdecydować. Takie miłe i sympatyczne sytuacje ułatwiały przyswajanie wiedzy, choć zdarzały się też przykre i trudne momenty. Sprzedaż strzykawek, igieł i kontakt z narkomanem – pierwszy raz w życiu!
 
    W jednym ze swoich felietonów Maciej Stuhr napisał: Niezależnie od tego, ile mamy lat, los wciąż stawia nas w pewnych sytuacjach po raz pierwszy w życiu. I całe nasze doświadczenie, opinie, nawyki trzeba na nowo weryfikować. Może nie trzeba, ale czasem warto. Właśnie te „pierwsze razy w życiu” powodują, że życie zaczynamy przeżywać od nowa. Że znów patrzymy w przyszłość. I dlatego nie bójmy się tego robić, bo tylko patrząc w przyszłość i korzystając z doświadczenia przeszłości, możemy osiągać zamierzone cele.

Anna Rogalska
studentka V roku
Wydziału Farmaceutycznego
Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu
 
Fot. Fotolia.pl
 

Podobne wpisy